Minął tydzień od feralnego wtorku.
Nie miałam okazji porozmawiać z Hannah. Przychodziła późnym
wieczorem, i od razu po cichu szła do sypialni. Wyraźnie mnie
unikała. Nie powiem, zaczęło mnie to denerwować.
Louis zazwyczaj towarzyszył mi w
przechadzkach, żeby mieć pewność że nic mi nie jest. To było
naprawdę miłe z jego strony. Jeździliśmy jednak najczęściej do
niego, oglądaliśmy filmy. Z nim szary wrzesień nabrał barw.
Jak zwykle wracałam pieszo ze
szkoły do domu. Anabell wróciła już do Londynu. Jak zawsze
przypominała nam o nauce. Była niczym nasza matka. Surowa, ale
jednocześnie dbająca o nas pod każdym względem. Czasami nie
mogłam uwierzyć, że jest w tym samym wieku co my. Zachowywała się
bardzo dorośle i odpowiedzialnie. I również nie wyglądała
jak typowa osiemnastolatka. Można było dać jej co najmniej
dwadzieścia lat.
Z rozmyślań wyrwał mnie ostry
pisk opon. Stanęłam jak wryta. Powinnam była bardziej uważać.
Spojrzałam na kierowcę ze skruchą i
powędrowałam dalej. Zaczął kropić lekki, zimny deszcz.
Ciemne chmury ale jednocześnie
świecące słońce wyglądały tak pięknie... Zachwycałam się tym
widokiem, aż stanęłam u progu domu. Szybko otworzyłam zamek, po
czym z trzaskiem zamknęłam drzwi. Rzuciłam plecak na dywan, po
czym poszłam nalać sobie czegoś do picia.
Znużona przewijałam kolejno
kartki podręcznika. Planowałam wkuwać cały wieczór, ale
już po godzinie miałam dosyć. Z jękiem zabrałam moje rzeczy i
poczłapałam na górę. Dzisiaj zamierzałam poczekać na
mamę.
Pod 2 godzinach usłyszałam
warkot silnika. Z uśmieszkiem zeszłam z powrotem na dół, do
kuchni. Zapaliłam światło. Po kilku minutach Hannah weszła do
kuchni. Patrzyła na mnie zdziwiona.
-Cześć. - mruknęłam. - Chcę z tobą
porozmawiać.
-Evelyn, jestem zmęczona. - bąknęła,
chcąc wyjść z pomieszczenia. Zagrodziłam jej drogę, na co ona
spojrzała na mnie, oburzona. - Co ty wyprawiasz? - syknęła.
-Chcę porozmawiać. - powtórzyłam.
Przybrałam nieco ostrzejszy i zdecydowany ton. Ona, zrezygnowana,
skinęła na mnie ręką. Podążyłam za nią. Gestem nakazała mi,
żebym usiadła.
-A więc... może chciałabyś mi
powiedzieć, czemu Cie ze mną nie było? - uniosła brwi. -W
szpitalu. - wytłumaczyłam. Uparcie wlepiała wzrok w swoje buty.
Otwarła kilka razy usta, po czym jej zamknęła.
-Mamo... - jęknęłam. Zmrużyła oczy
i powiedziała krótko:
-Hannah. A teraz wybacz al... - nie
dałam jej skończyć tego zdania. Założyłam ręce i zirytowana
warknęłam:
-Nie masz mi odwagi tego powiedzieć,
tak?! Tego, że ważniejsza niż własna córka, jest praca! -
zobaczyłam łzy w jej oczach. Normalnie zrobiłoby mi się jej żal,
ale teraz nie czułam nic prócz narastającej wewnątrz mnie,
pogardy. Po chwili szepnęła cicho:
-Przepraszam. - po czym szybko zwinęła
się na górę. Zazgrzytałam zębami, po czym pomknęłam do
łazienki. Wzięłam długi, relaksujący prysznic. Nic nie mogło mi
w tym momencie bardziej pomóc.
Obudziłam się z krzykiem cała
zalana łzami. Nie wiem dokładnie co mi się śniło... Ukryłam
twarz w dłoniach. Zaszlochałam cicho. Wzięłam do ręki telefon.
Była 4:32. No nieźle... Roztrzęsiona zapaliłam światło. Co się
ze mną dzieje, do cholery? Opadłam na łóżko, wpatrując
się
w ciemność za oknem. Przypominała
pod pewnym względem mnie. Skryta i chłodna.
Otworzyłam oczy zaskoczona.
Telefon wibrował mi w ręce. Odebrałam szybko.
-Mhmm? - mruknęłam, ziewając.
Przeczesałam zimnymi palcami moje włosy.
-Gdzie ty jesteś? - wrzasnął głos
po drugiej stronie. Annabell. Zaniepokojona nieco, zerknęłam na
zegarek. Była 9:37... oj.
-Ahm, źle się czuję. - skłamałam.
Nie miałam dzisiaj ochoty iść do szkoły. Byłam zmęczona i
obolała.
-Mogłaś chociaż zadzwonić. -
powiedziała z wyrzutem. - kończę, zaraz skończy się przerwa. Do
zobaczenia. - nie odpowiedziałam, tylko się rozłączyłam. Bell
chyba nie była zbytnio przekonana co do mojej ,,choroby''. Cóż,
nie przywykłam do kłamstw, to też nie byłam zbyt w nich
wykwalifikowana. Westchnąwszy cichutko, poszłam do łazienki.
Podeszłam do lustra. Matko. Boska. Wyglądam gorzej niż chodzący
trup. Szybko przemyłam twarz, po czym na twarz nałożyłam lekką
warstwę makijażu.
Po zakończonej porannej toalecie,
coś tchnęło mnie, żeby iść na strych. Ostatni raz byłam tam
kilka lat temu... Nie czekając dłużej, pobiegłam na górę.
Z trudem tworzyłam ciężkie, drewniane drzwi. Stare meble, książki,
telewizor, ubrania, albumy, wypłowiałe dywany... wszystko to było
pokryte grubą warstwą kurzu. Gdzieś na suficie można było
zauważyć okropne, wielkie pajęczyny.
Podłoga zajęczała, gdy po niej
przechodziłam. Gdzieś pośród tego bałaganu leżały
wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa. Wszystkie rysunki,
zabawki. Oglądałam wszystko bardzo dokładnie, jak gdybym była w
muzeum a nie w dusznym i zawalonym stryszku. Mój wzrok spoczął
na starej okładce albumiku. Wzięłam go do rąk, nie przejmując
się tym, że ubrudzę sobie ubranie. Delikatnie przewijałam strony,
jak głupia uśmiechając się do zdjęć. Ja i mama, obydwie
promieniałyśmy. Obok nas stała wysoka, zielona choinka
przystrojona kolorowymi bombkami. Taak, pamiętam ten dzień. Wigilia
Bożego Narodzenia.
Z niecierpliwością czekałam aż
drzwi otworzą się. Mama obiecała, że dziś skończy wcześniej.
Moja opiekunka patrzyła na mnie z rozbawieniem. Dla mnie ta sytuacja
nie była wcale śmieszna.
Kilkanaście minut później,
mama wkroczyła z ciocią do salonu. Uszczęśliwiona, rzuciłam się
jej na szyję. Ona tylko zaśmiała się cicho i pocałowała mnie w
policzek. Ciocia szczerzyła do mnie zęby w uśmiechu. Przytuliłam
się do niej.
Wieczór mijał nam radośnie.
Śpiewałyśmy kolędy, obdarowywałyśmy się prezentami... Radośnie
brykałam po całym domu, z lalką w dłoni którą dostałam
od mamy, i kompletem ubrań dla niej, od cioci.
Otrząsnęłam się z tego
przyjemnego, acz odległego wspomnienia. Miałam wtedy 8 lat. To były
nasze ostatnie wspólne święta. Ciocia zmarła rok później.
Przez to Hannah jeszcze bardziej zatraciła się w pracy. Wujek
wyjechał za granicę... rodzina rozpadła się. Miałam wtedy przy
sobie jedynie ją. Mamę.
Siedziałam w pokoju z laptopem na
kolanach, bezmyślnie wgapiając się bezmyślnie w pulpit. Oto
wpadłam w stan nazywany: SNN. Czyli stan najwyższej nudy. Z
otępienia wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Zmarszczyłam brwi, po czym
spojrzałam na wyświetlacz. Louis. Serce zatrzepotało mi mocniej.
-Halo?
-Hej, Eve. - odezwał się głos po
drugiej stronie. Ten jakże miękki, słodki, cudowny głos. -
Miałabyś
ochotę wpaść? Podjechałbym po
Ciebie. - tak. Tak. TAAAAK! Moja radość nie miała granic. Zamiast
jednak entuzjastycznie krzyknąć, jaka jestem szczęśliwa,
powiedziałam jedynie:
-Jasne. No to czekam. - spróbowałam
nie zdradzić, jak baardzo jestem podekscytowana. Chyba mi się nie
udało, bo Louis parsknął śmiechem po czym się rozłączył. Jak
tornado wpadłam do łazienki i szybko splotłam włosy w koka.
Przejechałam po ustach błyszczykiem i lekko pomalowałam rzęsy.
Pomyślałam też, że warto zadzwonić
do mamy. Niby wiedziałam, że nie odbierze, ale po prostu musiałam.
Ku mojemu zaskoczeniu, po kilkunastu
sygnałach, usłyszałam w słuchawce głos:
-O co chodzi, Evelyn?
-Chciałam Ci powiedzieć, że
wychodzę... nie wiem o której wrócę. - powiedziałam
szybko. Zerknęłam na godzinę. Była 18: 44.
-Ok... - mruknęła. - dziękuje że
zadzwoniłaś. Pa. - jej głos był jak zwykle spokojny i opanowany.
-Pa. - rozłączyłam się. Miałam
jeszcze trochę czasu, więc poszłam poczytać książkę którą
kupiła mi Hannah. Do tej pory jeszcze jej nie podziękowałam...
Pół godziny później
Lou wysłał mi sms, że jest już pod oknem. Szybko wybiegłam z
domu, dokładnie go zamykając. Weszłam szybko do jego ogromnego
auta, zdolnego do pomieszczenia siedmiu osób.
-Hej. - powiedziałam, szczerząc zęby.
-Cześć. - mruknął, majstrując przy
radiu. Po chwili odpalił silnik. Uparcie gapił się przed siebie,
ani razu na mnie nie zerknąwszy.
Dłuższą chwilę potem, miałam
tego dosyć.
-Louis, co się do diaska, dzieje? -
warknęłam. Przez telefon niemal buchał radością, a teraz...
takie coś. Spojrzał na mnie, zdziwiony. Och tak, najlepiej udawać
że nic się nie dzieje, a on zachowuje się normalnie!
-Ehm, no już, dobra... - zapewne
przestraszyła go moja zacięta mina. - Niall mnie... wnerwia. -
pewnie chciałby powiedzieć coś bardziej wulgarnego, ale się
powstrzymał. Nie rozumiałam, co ma do owego słodkiego blondyna,
ale nie wnikałam.
Byliśmy już na miejscu. Dom Lou
był całkiem duży, liczył sobie trzy sypialnie, salon, kuchnię i
dwie łazienki. Dosłownie wszędzie wisiały jakieś zdjęcia.
Tomlinson uwielbiał fotografować wszystko... i wszystkich.
Siedzieliśmy rozłożeni na sofie i
graliśmy w państwa miasta. Nagle za oknem rozległ się potężny
grzmot. Błysnęło. Jasna. Cholera. Burza. Przygryzłam wargę i
niespokojnie wpatrywałam się w wichurę za oknem. Louis patrzył na
mnie to z zaskoczeniem, to z rozbawieniem. Wstał szybko po czym
pozamykał i pozasłaniał wszystkie okna. Nie mógł jednak
ściszyć tego, co działo się za oknem. Znowu huknęło ostro.
Przerażona objęłam schowałam twarz w dłoniach. Chłopak cicho
zaśmiawszy się, usiadł koło mnie i lekko objął. Oparłam się o
jego tors.
~Oczami Louisa~
Tak, ta chwila mogłaby trwać
wiecznie. Byłem niemal wdzięczny, że Eve bała się burzy. Miałem
przynajmniej pretekst, żeby się do niej przytulić. Zagrzmiało.
Dziewczyna zadrżała. Głaskałem ją lekko po ramieniu. Nagle wpadł
mi do głowy pewien pomysł. Leciutko ją od siebie odsunąłem, po
czym podszedłem do szafki. Trzymałem tam słuchawki i moją mp4.
Wyjąłem je. Szybko ustawiłem moją ulubioną piosenkę. Nałożyłem
Evelyn słuchawki na uszy. Uśmiechnęła się do mnie, z
wdzięcznością.
Po chwili oddech Ev się wyrównał
i uspokoił. Zaskoczony spojrzałem na jej zamknięte oczy. Zasnęła?
Przygryzłem wargę. Wyglądała naprawdę słodko. Ileż bym dał,
gdyby zasypiała tak u mnie codziennie! Tomlinson. Idioto. Skończony.
Temat. Eve. Nie. Będzie. Twoja! - warknąłem na siebie w myślach.
Chyba zaczynam popadać w poważną chorobę. Zwana jest zadurzeniem
bądź, mniej poetycko, zakochaniem.
~Oczami Evelyn~
Ciemny zaułek. Żadnego światła,
dźwięku. Nic. Stoję sama, targana dreszczami. Przeciągły huk.
Zimne stróżki deszczu spływają mi po twarzy, rękach. Nic
mnie nie interesuje. Jest burza. Nikogo przy mnie nie ma. Nikt nie
puści mi słodkiej melodii, żebym się uspokoiła. Osuwam się na
kolana. Wiem że nie umarłam, ale też nie żyję. Czuję się
kompletnie zagubiona i samotna... tak przytłaczająca samotna...
Otworzyłam oczy. Serce biło mi jak
opętane. Ręką wymacałam coś we wszech ogarniającym mnie
mroku... poduszka. Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po
pokoju. No tak. Jestem u Louisa. Wyjrzałam za okno. Chmury kłębiły
się uparcie nad Londynem. Westchnąwszy cichutko, ułożyłam się
wygodnie i po chwili odpłynęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz