niedziela, 14 października 2012

Rozdział 3.



Minął tydzień od feralnego wtorku. Nie miałam okazji porozmawiać z Hannah. Przychodziła późnym wieczorem, i od razu po cichu szła do sypialni. Wyraźnie mnie unikała. Nie powiem, zaczęło mnie to denerwować.
Louis zazwyczaj towarzyszył mi w przechadzkach, żeby mieć pewność że nic mi nie jest. To było naprawdę miłe z jego strony. Jeździliśmy jednak najczęściej do niego, oglądaliśmy filmy. Z nim szary wrzesień nabrał barw.
Jak zwykle wracałam pieszo ze szkoły do domu. Anabell wróciła już do Londynu. Jak zawsze przypominała nam o nauce. Była niczym nasza matka. Surowa, ale jednocześnie dbająca o nas pod każdym względem. Czasami nie mogłam uwierzyć, że jest w tym samym wieku co my. Zachowywała się bardzo dorośle i odpowiedzialnie. I również nie wyglądała jak typowa osiemnastolatka. Można było dać jej co najmniej dwadzieścia lat.
Z rozmyślań wyrwał mnie ostry pisk opon. Stanęłam jak wryta. Powinnam była bardziej uważać.
Spojrzałam na kierowcę ze skruchą i powędrowałam dalej. Zaczął kropić lekki, zimny deszcz.
Ciemne chmury ale jednocześnie świecące słońce wyglądały tak pięknie... Zachwycałam się tym widokiem, aż stanęłam u progu domu. Szybko otworzyłam zamek, po czym z trzaskiem zamknęłam drzwi. Rzuciłam plecak na dywan, po czym poszłam nalać sobie czegoś do picia.
Znużona przewijałam kolejno kartki podręcznika. Planowałam wkuwać cały wieczór, ale już po godzinie miałam dosyć. Z jękiem zabrałam moje rzeczy i poczłapałam na górę. Dzisiaj zamierzałam poczekać na mamę.
Pod 2 godzinach usłyszałam warkot silnika. Z uśmieszkiem zeszłam z powrotem na dół, do kuchni. Zapaliłam światło. Po kilku minutach Hannah weszła do kuchni. Patrzyła na mnie zdziwiona.
-Cześć. - mruknęłam. - Chcę z tobą porozmawiać.
-Evelyn, jestem zmęczona. - bąknęła, chcąc wyjść z pomieszczenia. Zagrodziłam jej drogę, na co ona spojrzała na mnie, oburzona. - Co ty wyprawiasz? - syknęła.
-Chcę porozmawiać. - powtórzyłam. Przybrałam nieco ostrzejszy i zdecydowany ton. Ona, zrezygnowana, skinęła na mnie ręką. Podążyłam za nią. Gestem nakazała mi, żebym usiadła.
-A więc... może chciałabyś mi powiedzieć, czemu Cie ze mną nie było? - uniosła brwi. -W szpitalu. - wytłumaczyłam. Uparcie wlepiała wzrok w swoje buty. Otwarła kilka razy usta, po czym jej zamknęła.
-Mamo... - jęknęłam. Zmrużyła oczy i powiedziała krótko:
-Hannah. A teraz wybacz al... - nie dałam jej skończyć tego zdania. Założyłam ręce i zirytowana warknęłam:
-Nie masz mi odwagi tego powiedzieć, tak?! Tego, że ważniejsza niż własna córka, jest praca! - zobaczyłam łzy w jej oczach. Normalnie zrobiłoby mi się jej żal, ale teraz nie czułam nic prócz narastającej wewnątrz mnie, pogardy. Po chwili szepnęła cicho:
-Przepraszam. - po czym szybko zwinęła się na górę. Zazgrzytałam zębami, po czym pomknęłam do łazienki. Wzięłam długi, relaksujący prysznic. Nic nie mogło mi w tym momencie bardziej pomóc.
Obudziłam się z krzykiem cała zalana łzami. Nie wiem dokładnie co mi się śniło... Ukryłam twarz w dłoniach. Zaszlochałam cicho. Wzięłam do ręki telefon. Była 4:32. No nieźle... Roztrzęsiona zapaliłam światło. Co się ze mną dzieje, do cholery? Opadłam na łóżko, wpatrując się
w ciemność za oknem. Przypominała pod pewnym względem mnie. Skryta i chłodna.
Otworzyłam oczy zaskoczona. Telefon wibrował mi w ręce. Odebrałam szybko.
-Mhmm? - mruknęłam, ziewając. Przeczesałam zimnymi palcami moje włosy.
-Gdzie ty jesteś? - wrzasnął głos po drugiej stronie. Annabell. Zaniepokojona nieco, zerknęłam na zegarek. Była 9:37... oj.
-Ahm, źle się czuję. - skłamałam. Nie miałam dzisiaj ochoty iść do szkoły. Byłam zmęczona i obolała.
-Mogłaś chociaż zadzwonić. - powiedziała z wyrzutem. - kończę, zaraz skończy się przerwa. Do zobaczenia. - nie odpowiedziałam, tylko się rozłączyłam. Bell chyba nie była zbytnio przekonana co do mojej ,,choroby''. Cóż, nie przywykłam do kłamstw, to też nie byłam zbyt w nich wykwalifikowana. Westchnąwszy cichutko, poszłam do łazienki. Podeszłam do lustra. Matko. Boska. Wyglądam gorzej niż chodzący trup. Szybko przemyłam twarz, po czym na twarz nałożyłam lekką warstwę makijażu.
Po zakończonej porannej toalecie, coś tchnęło mnie, żeby iść na strych. Ostatni raz byłam tam kilka lat temu... Nie czekając dłużej, pobiegłam na górę. Z trudem tworzyłam ciężkie, drewniane drzwi. Stare meble, książki, telewizor, ubrania, albumy, wypłowiałe dywany... wszystko to było pokryte grubą warstwą kurzu. Gdzieś na suficie można było zauważyć okropne, wielkie pajęczyny.
Podłoga zajęczała, gdy po niej przechodziłam. Gdzieś pośród tego bałaganu leżały wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa. Wszystkie rysunki, zabawki. Oglądałam wszystko bardzo dokładnie, jak gdybym była w muzeum a nie w dusznym i zawalonym stryszku. Mój wzrok spoczął na starej okładce albumiku. Wzięłam go do rąk, nie przejmując się tym, że ubrudzę sobie ubranie. Delikatnie przewijałam strony, jak głupia uśmiechając się do zdjęć. Ja i mama, obydwie promieniałyśmy. Obok nas stała wysoka, zielona choinka przystrojona kolorowymi bombkami. Taak, pamiętam ten dzień. Wigilia Bożego Narodzenia.

Z niecierpliwością czekałam aż drzwi otworzą się. Mama obiecała, że dziś skończy wcześniej. Moja opiekunka patrzyła na mnie z rozbawieniem. Dla mnie ta sytuacja nie była wcale śmieszna.
Kilkanaście minut później, mama wkroczyła z ciocią do salonu. Uszczęśliwiona, rzuciłam się jej na szyję. Ona tylko zaśmiała się cicho i pocałowała mnie w policzek. Ciocia szczerzyła do mnie zęby w uśmiechu. Przytuliłam się do niej.
Wieczór mijał nam radośnie. Śpiewałyśmy kolędy, obdarowywałyśmy się prezentami... Radośnie brykałam po całym domu, z lalką w dłoni którą dostałam od mamy, i kompletem ubrań dla niej, od cioci.

Otrząsnęłam się z tego przyjemnego, acz odległego wspomnienia. Miałam wtedy 8 lat. To były nasze ostatnie wspólne święta. Ciocia zmarła rok później. Przez to Hannah jeszcze bardziej zatraciła się w pracy. Wujek wyjechał za granicę... rodzina rozpadła się. Miałam wtedy przy sobie jedynie ją. Mamę.
Siedziałam w pokoju z laptopem na kolanach, bezmyślnie wgapiając się bezmyślnie w pulpit. Oto wpadłam w stan nazywany: SNN. Czyli stan najwyższej nudy. Z otępienia wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Zmarszczyłam brwi, po czym spojrzałam na wyświetlacz. Louis. Serce zatrzepotało mi mocniej.
-Halo?
-Hej, Eve. - odezwał się głos po drugiej stronie. Ten jakże miękki, słodki, cudowny głos. - Miałabyś
ochotę wpaść? Podjechałbym po Ciebie. - tak. Tak. TAAAAK! Moja radość nie miała granic. Zamiast jednak entuzjastycznie krzyknąć, jaka jestem szczęśliwa, powiedziałam jedynie:
-Jasne. No to czekam. - spróbowałam nie zdradzić, jak baardzo jestem podekscytowana. Chyba mi się nie udało, bo Louis parsknął śmiechem po czym się rozłączył. Jak tornado wpadłam do łazienki i szybko splotłam włosy w koka. Przejechałam po ustach błyszczykiem i lekko pomalowałam rzęsy.
Pomyślałam też, że warto zadzwonić do mamy. Niby wiedziałam, że nie odbierze, ale po prostu musiałam.
Ku mojemu zaskoczeniu, po kilkunastu sygnałach, usłyszałam w słuchawce głos:
-O co chodzi, Evelyn?
-Chciałam Ci powiedzieć, że wychodzę... nie wiem o której wrócę. - powiedziałam szybko. Zerknęłam na godzinę. Była 18: 44.
-Ok... - mruknęła. - dziękuje że zadzwoniłaś. Pa. - jej głos był jak zwykle spokojny i opanowany.
-Pa. - rozłączyłam się. Miałam jeszcze trochę czasu, więc poszłam poczytać książkę którą kupiła mi Hannah. Do tej pory jeszcze jej nie podziękowałam...
Pół godziny później Lou wysłał mi sms, że jest już pod oknem. Szybko wybiegłam z domu, dokładnie go zamykając. Weszłam szybko do jego ogromnego auta, zdolnego do pomieszczenia siedmiu osób.
-Hej. - powiedziałam, szczerząc zęby.
-Cześć. - mruknął, majstrując przy radiu. Po chwili odpalił silnik. Uparcie gapił się przed siebie, ani razu na mnie nie zerknąwszy.
Dłuższą chwilę potem, miałam tego dosyć.
-Louis, co się do diaska, dzieje? - warknęłam. Przez telefon niemal buchał radością, a teraz... takie coś. Spojrzał na mnie, zdziwiony. Och tak, najlepiej udawać że nic się nie dzieje, a on zachowuje się normalnie!
-Ehm, no już, dobra... - zapewne przestraszyła go moja zacięta mina. - Niall mnie... wnerwia. - pewnie chciałby powiedzieć coś bardziej wulgarnego, ale się powstrzymał. Nie rozumiałam, co ma do owego słodkiego blondyna, ale nie wnikałam.
Byliśmy już na miejscu. Dom Lou był całkiem duży, liczył sobie trzy sypialnie, salon, kuchnię i dwie łazienki. Dosłownie wszędzie wisiały jakieś zdjęcia. Tomlinson uwielbiał fotografować wszystko... i wszystkich.
Siedzieliśmy rozłożeni na sofie i graliśmy w państwa miasta. Nagle za oknem rozległ się potężny grzmot. Błysnęło. Jasna. Cholera. Burza. Przygryzłam wargę i niespokojnie wpatrywałam się w wichurę za oknem. Louis patrzył na mnie to z zaskoczeniem, to z rozbawieniem. Wstał szybko po czym pozamykał i pozasłaniał wszystkie okna. Nie mógł jednak ściszyć tego, co działo się za oknem. Znowu huknęło ostro. Przerażona objęłam schowałam twarz w dłoniach. Chłopak cicho zaśmiawszy się, usiadł koło mnie i lekko objął. Oparłam się o jego tors.

~Oczami Louisa~

Tak, ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Byłem niemal wdzięczny, że Eve bała się burzy. Miałem przynajmniej pretekst, żeby się do niej przytulić. Zagrzmiało. Dziewczyna zadrżała. Głaskałem ją lekko po ramieniu. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Leciutko ją od siebie odsunąłem, po czym podszedłem do szafki. Trzymałem tam słuchawki i moją mp4. Wyjąłem je. Szybko ustawiłem moją ulubioną piosenkę. Nałożyłem Evelyn słuchawki na uszy. Uśmiechnęła się do mnie, z wdzięcznością.
Po chwili oddech Ev się wyrównał i uspokoił. Zaskoczony spojrzałem na jej zamknięte oczy. Zasnęła? Przygryzłem wargę. Wyglądała naprawdę słodko. Ileż bym dał, gdyby zasypiała tak u mnie codziennie! Tomlinson. Idioto. Skończony. Temat. Eve. Nie. Będzie. Twoja! - warknąłem na siebie w myślach. Chyba zaczynam popadać w poważną chorobę. Zwana jest zadurzeniem bądź, mniej poetycko, zakochaniem.

~Oczami Evelyn~

Ciemny zaułek. Żadnego światła, dźwięku. Nic. Stoję sama, targana dreszczami. Przeciągły huk. Zimne stróżki deszczu spływają mi po twarzy, rękach. Nic mnie nie interesuje. Jest burza. Nikogo przy mnie nie ma. Nikt nie puści mi słodkiej melodii, żebym się uspokoiła. Osuwam się na kolana. Wiem że nie umarłam, ale też nie żyję. Czuję się kompletnie zagubiona i samotna... tak przytłaczająca samotna...
Otworzyłam oczy. Serce biło mi jak opętane. Ręką wymacałam coś we wszech ogarniającym mnie mroku... poduszka. Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju. No tak. Jestem u Louisa. Wyjrzałam za okno. Chmury kłębiły się uparcie nad Londynem. Westchnąwszy cichutko, ułożyłam się wygodnie i po chwili odpłynęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz