niedziela, 2 grudnia 2012

Rozdział 7.




Siedzieliśmy w milczeniu. Leżałam w ramionach Louisa. Chłopak był nieco zmartwiony.
-Evy, powiesz mi, o co chodzi? - zapytał. Ujął delikatnie moją rękę. Odetchnęłam głęboko, po czym zdołałam wykrztusić:
-Okłamywała mnie.
-Kto?
Zagryzłam wargę.
-Hannah. - wymówiłam to imię z pogardą. Nie mieściło mi się to w głowie, że mogłam dać się tak oszukać.
Cisza. Louis nie pytał o nic więcej, wiedząc, że tylko jeszcze bardziej by mnie to raniło. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
-Lou, będę mogła pomieszkać tu przez trochę...?
Jego reakcja była natychmiastowa.
-Och, tak, tak oczywiście. Możesz zostać tu, na ile Ci się podoba. - na jego twarzy rozkwitł ten wspaniały uśmiech, które zaparł mi dech wtedy, w kawiarence.
Chłopak wskazał mi mój pokój, po czym usunął się z wzroku. Obleciałam wzrokiem całe pomieszczenie. Kremowa tapeta, duże białe łoże, niewielki regalik z całym stosem starych książek, biurko, dość obszerna szafa oraz ogromne okno z pomarańczowymi zasłonami.
Nieco później uświadomiłam sobie, że jest jeszcze impreza Nialla. Była już 8 wieczorem. Nawet niezbyt sprzyjające okoliczności nie zdołały zatrzymać mnie w domu. Zadowolona, że wzięłam kosmetyczkę i moje ulubione ciuchy, podreptałam do łazienki.


-Louis? - zawołałam z salonu. Chłopak odkrzyknął coś niezrozumiałego, po czym ukazał się na schodach.
-Mhm?
-Ubieraj się. - powiedziałam. Tomlinson zamrugał szybko oczami, niezbyt rozumiejąc, o co mi chodzi. Przewróciłam oczami. - Idziemy do Nialla, prawda?
Chłopak wyglądał na nieco zdezorientowanego.
-Nadal chcesz iść?
Pokiwałam twierdząco głową.
Z rogalem zszedł na dół. Westchnęłam ciężko, mamrocząc:
-Na prawdę bardzo się przebrałeś. - wcześniej miał na sobie czerwone spodnie i białą bluzkę w niebieskie paski. Teraz ma granatowe spodnie i granatową bluzkę w białe paski!
Wzruszył tylko ramionami, biorąc mnie za rękę, i delikatnie ciągnąc w do drzwi. Przygryzłam wargę, żeby nie zacząć szczerzyć się jak idiotka.
W aucie znowu przypomniałam sobie powód mojego zawodu i żalu. Przyłożyłam rękę do czoła, myśląc intensywnie, jak nie zepsuć wszystkim imprezy moim humorem. Może po prostu na wstępie się zachlam? Ach, nie. Podobno człowiek po alkoholu znacznie częściej mówi prawdę. Hm. Właśnie. Przed 21 rokiem życia nie powinnam tykać niczego w tym rodzaju. Ale wtedy, to szczerze mało mnie to obchodziło.
Wyszłam z auta. Moim oczom ukazał się średniej wielkości domek. Wyglądał bardzo przyjemnie.
W środku, co mnie zaskoczyło, było całkiem nowocześnie. W środku przeważały kolory białe i beżowe. Minimalistyczne ozdoby, mały szklany stolik, 40 calowy telewizor, kanapa i fotele, wieża stereo. Mogłabym wymieniać tak bez końca, co znajdowało się w pokoju, ale Nialler przerwał moje przemyślania.
-I co Evy, jak się podoba? - jego radosny nastrój zaraz mi się udzielił. Odpowiedziałam mu promiennym uśmiechem. W jego oczach zajaśniał jakiś niezbyt określony błysk.
Całkiem nieźle bawiłam się z Zaynem i Farbusiem. Pomagałam im w wybieraniu utworów, szykowaniu przekąsek, których szczerze powiedziawszy, było więcej niż przypuszczałam, sprzątaniu itp. Lou przez cały czas z nieobecnym wzrokiem siedział na kanapie. Lekko zaniepokojona usiadłam koło niego. Tommo, wyrwany z zamyślenia uśmiechnął się krzywo.
-Nie powinienem był przychodzić... - mruknął, wlepiając wzrok w swoje ręce. Byłam zaskoczona gwałtowną zmianą jego humoru.
-Och, nawet tak nie mów! - powiedziałam, marszcząc lekko brwi.
W końcu zaczęli się zbierać ludzie. Większą część z nich znałam. Na sam koniec pojawił się Harry, który gdy ja przyjechałam do Louisa, zmył się szybko do siebie. Zastanawiałam się, gdzie był Liam.
Na początku było dosyć... normalnie. Każdy wypił 1 drinka, później 2. Atmosfera stała się coraz bardziej wyluzowana. Zayn zaproponował, żebyśmy zagrali w butelkę. Norma. Zdecydowana większość gości przystanęła na to ochoczo, w tym ja. Zadania na początku były łatwe, ale wraz z ilością wypitego alkoholu stawały się coraz bardziej śmiałe. Jakaś dziewczyna zakręciła butelką. Wypadło na Nialla.
-Zadanie – mruknął Horan.
-Masz powiedzieć, co myślisz o osobie po twojej prawej. - i albo to było jakoś szatańsko uknute, albo los bardzo mnie nienawidzi... po prawej Niallera siedział nie kto inny, tylko Louis Tomlinson, proszę państwa.
Niall zaśmiał się niemal obłąkańczo pod nosem, po czym wybełkotał:
-Idiota, tępy chuj, ogólnie go nienawidzę. - w tym momencie cały spożyty przeze mnie alkohol jakby wyparował. Tomlinson rzucił mu groźne spojrzenie. I zapewniam wszystkich, że jeżeli wzrok mógłby zabijać, to Irlandczyk byłby już martwy. Niall nadal głupkowato się uśmiechał, a Louis sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał rzucić się na blondyna.
Kilka zadań później, wypadło na mnie. Harry poruszył zabawnie brwiami, zadając mi zadanie:
-Masz. Pocałować. Najbardziej atrakcyjną osobę w tym pokoju, dla Ciebie. - bomba. Wiedziałam, że muszę wykonać to iście szatańskie zadanie, bo inaczej będzie karne, o stokroć gorsze od tego. Mój wzrok spoczął na Louisie, który całkiem pewnie na mnie spoglądał. Zdenerwowało mnie to. Sama nie wiem czemu zbliżyłam się nieco Nialla, a on delikatnie przyciągnął mnie. Liznął szybko moją wargę. Odchyliłam nieco usta, dając mu większe pole do popisu. Nasze języki toczyły jakby zawziętą walkę. Wplotłam palce w jego włosy, zupełnie nie panując nad tym, co robię. Przejechałam mu językiem po podniebieniu, na co on jęknął mi cicho w usta. Rozległy się pomruki i cichutkie chichotanie, co pomogło mi otrzeźwieć. Zassałam jeszcze jego wargę, po czym odkleiliśmy się od siebie. Chłopak wpatrywał się we mnie, z aprobatą. Louis wyglądał na zaskoczonego. Irish boy rzucił mu znaczące spojrzenie.
Muzyka dudniła mi w uszach. Szum w głowie utrudniał mi koncentrację, co trochę mi przeszkadzało. Nigdzie nie widziałam ani Nialla, ani Louisa. Chwiejnie podeszłam do drzwi. Pewnie byli na zewnątrz. Nie myliłam się. Na tyłach domu stał tleniony blondyn i Tomlinson.
-Odwal się od niej. - wysyczał Lou. Niall prychnął, kręcąc głową.
-Niestety, nie skorzystam z propozycji. - warknął w odpowiedzi.
Zamarłam. Po raz pierwszy Irlandczyk wyglądał tak... groźnie. Uśmiechał się kpiarsko, co wyglądało paskudnie na jego delikatnej twarzy.
-Ona i tak Cię nie wybierze. - wycedził przez zaciśnięte zęby Louis.
Blondyn parsknął śmiechem, żeby zaraz spoważnieć.
-Poniekąd już to zrobiła.
To zdanie wytrąciło całkowicie z równowagi Tommo. Rzucił się na chłopaka. Przerażona wbiegłam pomiędzy nich.
-Kretynie, złaź ze mnie... - wycharczał Horan do Loui'siego.
Chłopak, zdenerwowany odszedł w miarę szybkim krokiem jak na jego stan. Nawet się nie obejrzał. Zabolało.

Rano ledwo żyłam. Wyjęczałam cicho imię Nialla. Tak, zostałam u niego na noc. Niezbyt podobała mi się perspektywa wracania do domu po pijaku. No i nie miałam ochoty skonfrontować się z Tomlinsonem. Nie wtedy.
Czułam się jakby zaraz miała pęknąć mi głowa.
-Evelyn? - usłyszałam głos Niallera.
-Och... cicho. Nie mów tak głośno... - powiedziałam słabo. Chłopak zaśmiał się cichuteńko, wręczając mi 2 tabletki i szklankę. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
Po południu wróciłam do domu. Lou siedział na kanapie, zażerając marchewki. Niepewnie weszłam do pokoju.
-Hej. - mruknęłam, czekając na jego reakcję.
Louis spojrzał na mnie, lekko zdezorientowany.
-Ochm, to ty. Cześć. - jego obojętny ton głosu mnie nie zraził. Podeszłam wolno do kanapy, wyłączając telewizor. Wydał z siebie jęk protestu.
-Co to miało być? - zapytałam, oczekując wyjaśnień.
-O co Ci chodzi? - udawał że nic nie wie. Super. Odwrócił wzrok. I mówcie mi, że to kobiety są trudne!
-Nawet mnie nie wnerwiaj. - zmroziłam go spojrzeniem. - Dlaczego robisz jakieś dzikie awantury Horanowi?!
-Dzikie awantury? - powtórzył z rozbawieniem. - wybacz, ale dramatyzujesz.
Przesada. Ta jego maska wrednego dupka zaczynała mnie powoli irytować. Sama nie wiedząc co właściwie robię, wyszłam na zewnątrz, trzaskając drzwiami.
Stałam pod domem Annabell. Kto jak kto, ale ona zawsze mi jakoś pomoże. Tylko co ja jej miałam powiedzieć? Że jestem żałośnie zakochaną dziewczyną, która nie wie co ma zrobić z jej głupim obiektem westchnień?
-Evelyn? - zza drzwi wyjrzała Bell. - zauważyłam Cię przez okno... długo stoisz? - wyglądała, jakby zaraz miała tarzać się po chodniku ze śmiechu.
-Eh, zamyśliłam się. - mruknęłam, lekko zarumieniona. - Mogę wejść?
-Tak, tak, chodź. - uśmiechnęła się ciepło.
W domu Annabell jak zwykle było niemal sterylnie czysto. Z kuchni dobiegło mnie wesołe pogwizdywanie mamy mojej przyjaciółki. Zrobiło mi się cieplej na sercu.



-Boże, Eve... - wyszeptała zaskoczona Belly. Opowiedziałam jej wszystko. O Hannah, imprezie, moim pocałunku i tym cholernie wnerwiającym zachowaniu Louisa. Teraz dziewczyna uspokajała mnie ( bo oczywiście się rozryczałam jak jakiś mięczak... ) i zapewniała, że teraz może być tylko lepiej. Nie bardzo w to wierzyłam.
-I co ja mam zrobić, Ann? - wydusiłam drżącym głosem.
-Porozmawiaj z nim. - powiedziała dobitnie. - tylko spokojnie. Poproś go, żeby wytłumaczył Ci swoje zachowanie.
-Ale z nim się nie da rozmawiać...
-Evelyn! - przerwała mi. - Postaraj się. Zależy Ci na nim, prawda?
Skinęłam głową.
-No i widzisz. - przytuliła mnie do siebie mocno. - Bo z twojej opowieści też mam wrażenie... że on jest o ciebie zazdrosny.
Osłupiałam. Louis? Zazdrosny? O mnie?
-N-nie, Ann, to raczej mało możliwe... - zaczęłam delikatnie. Moja przyjaciółka zmarszczyła brwi.
-Więc jak chcesz wytłumaczyć całe to jego zachowanie? Myślisz, że chciałby Cię do siebie zniechęcić? - chciałam coś powiedzieć, ale patrzyła na mnie z miną która wyraźnie mówiła: ,,Nie przerywaj mi, bo więcej Ci nie doradzę''. - Jakoś mało prawdopodobne. - stwierdziła chyba w zamyśleniu.
Wracałam do domu Louisa, poważnie zastanawiając się nad słowami Bell. Zazdrosny? Nie to nie jest możliwe. Chciałabym, owszem chciałabym żeby był zazdrosny, ale to nie miało miejsca bytu!
Gdy tylko wkroczyłam do przedpokoju, naskoczył na mnie wściekły Louis.
-Gdzie ty byłaś, dziewczyno?!
Zamrugałam szybko oczami, po czym w sekundzie się zreflektowałam.
-Wyszłam jak najdalej od twoich humorów. - odparłam, wpatrując się w niego wyzywająco.
-Ja mam humory? Błagam Cię, Evelyn. To ty cały czas się kłócisz o nie wiadomo co. - skrzywił się lekko. Założyłam ręce.
-Och, tak. To wszystko moja wina. A więc przepraszam księcia, że się martwię! Już więcej nie zamierzam! - krzyknęłam, wymijając go. Zatrzymał mnie, przyciągając do siebie.
-Możesz mi wytłumaczyć, o co właściwie Tobie chodzi? - chłód który brzmiał w jego głosie nieco mnie przestraszył.
-Nie, Louis. To ty powinieneś mi wszystko wytłumaczyć. - powiedziałam, kierując się do swojego pokoju.


Scena pocałunku... okropna wiem. Najgorsza jaką pisałam. Jestem nic nie umiejącym zrobić ładnie mugolem. D:

sobota, 24 listopada 2012

Info.

Przez pewien czas rozdziały nie będą dodawane... :< Wszystko przez nagłe widzimisię mojej mamy... Na prawdę bardzo przepraszam. Możliwe że za tydzień dodam rozdział 7.



niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 6

Z całego serducha przepraszam za to zwlekanie... :< Rozdział nie najlepszy, ale starałam się jak mogłam.


Rozdział 6.

Dzwoniłem, pisałem. Nic. Tak bardzo chciałem, żeby dała jakąkolwiek oznakę, że ma się dobrze. Widać prosiłem o nazbyt wiele.
  Z otępienia wyrwał mnie widok Hazzy stojącego na schodach. Spał dzisiaj u mnie w domu, ponieważ jakoś nie miałem ochoty być sam.
-Bry. - powitał mnie, kierując się w stronę kuchni. Po chwili dobiegł mnie jego cichy jęk. Zdziwiony wszedłem do pomieszczenia. Spojrzałem na niego pytająco.
-Jak można... mieć taki bałagan w kuchni?! - pisnął. O co mu chodziło? Kilka nie pozmywanych talerzy, papierek na podłodze i wielkie halo. Z głośnym westchnieniem zabrał się do sprzątania. Patrzyłem na niego, rozbawiony. - No i co jesteś taki zadowolony? - warknął, mierząc mnie wzrokiem. Łaaaał. Harry był na prawdę w złym humorze.
-Haroldzie, zachowujesz się gorzej niż baba z okresem. - stwierdziłem. Zmroził mnie lodowatym spojrzeniem. Z uniesionymi rękami, wyszedłem do salonu. Nie będę go denerwować, bo jeszcze mnie nożem zadźga.
  I nagle mój humor prysł. Znowu wtargnęła w moje myśli. Co jeśli ona i Niall...? Dosyć. Dosyć tego!
Skąd ta dziewczyna znała moje imię? Cóż, musiałem się jej przedstawiać... i widocznie była nieco mniej schlana ode mnie. Swoją drogą, ciekawe jak się nazywa. Z podobnych myśli wyrwał mnie odgłos tłuczonego szkła. Podskoczyłem jak oparzony i pognałem w stronę kuchni.
Harry mruczał coś pod nosem, zbierając potłuczony talerz.
-Co się stało? - zapytałem naiwnie. Lokaty przymknął powieki, biorąc wdech.
-Nie widać? - starał się być opanowany. - Masz tu jakąś apteczkę? - skinąłem głową, po czym spojrzałem na chudy palec chłopaka. Dość paskudne rozcięcie. Szybko poszedłem do łazienki po wodę utlenioną i plaster.
  Po śniadaniu zamknąłem się w swoim pokoju. Chciałem po raz kolejny tego dnia wszystko przemyśleć.
Zdenerwowany wybiegłem z domu. Tak dłużej być nie może. Nie będę jak ten kołek stał i myślał, że może w końcu oddzwoni! Wpełznąłem do samochodu. Z piskiem opon wyjechałem z podjazdu.
  W rekordowym tempie dojechałem pod dom Evy. Przeskoczyłem trzy schodki, po czym głośno zapukałem kilka razy. Nikt nie odpowiadał, więc zapukałem raz jeszcze.
-Chwila! - warknął głos zza drzwi. Kamień spadł mi z serca. Przede mną ukazała się szczupła sylwetka Evelyn. Stała tam tylko w koszuli nocnej. Z wrażenia zaschło mi w gardle. Spojrzała na mnie zgorszona, po czym próbowała zamknąć drzwi.
-Evy! Evy, zaczekaj! - poprosiłem. Dziewczyna prychnęła, wpatrując się we mnie wyczekująco. - mogę wejść? - zapytałem. Szatynka niechętnie zaprosiła mnie do środka. Przeszliśmy do przytulnego saloniku, pełnego różnego rodzaju wazoników, kwiatów i innych dupereli.
-O co chodzi? -jej głos był tak obojętny... zabolało. Ale, no co ja jej zrobiłem?! No pytam się! Nieco zirytowany odrzekłem:
-Co się z tobą dzieje? Uciekasz gdzieś, ja Cię szukam, a ty sobie w najlepsze z Horanem siedzisz! - najpierw była zdziwiona, ale z każdą sekundą przybierała coraz to bardziej wrogi wyraz twarzy.
-Nie powinno obchodzić Cię to, co robię i z kim! Kim ty dla mnie jesteś? - moje serce krwawiło. Właśnie, kim ja dla niej byłem?

~Oczami Evelyn~
Nie podobało mi się to, co powiedziałam. Jednak nie zamierzałam cofać zdania. Miałam prawo robić to, co mi się podoba.
-Jestem tylko ciekawa, kim była ta twoja blondi. Dziewczyną? - warknęłam. Och, po co ja to w ogóle mówiłam?! Teraz wyjdę na jakąś zazdrosną kretynkę.
-Och, pozwól, że coś przytoczę: ,,Nie powinno obchodzić Cię to, co robię i z kim. No bo kim ty dla mnie jesteś?”. - łzy zaszkliły mi się w oczach. Ukryłam twarz w dłoniach i ledwo słyszalnie wybełkotałam:
-Wyjdź stąd. Wyjdź, nie chcę Cię więcej widzieć! - nie usłyszałam jednak jego kroków, trzasku drzwi, auta odjeżdżającego spod mojego domu. On nadal tu stał. - Głuchy jesteś?! - wysyczałam. On jednak usiadł obok mnie, lekko obejmując. Wyszarpnęłam mu się.
-Eve... - wyszeptał. Pomimo moich protestów przybliżył się do mnie, wtulając niczym mały kociak. Na momencik serce mi zmiękło, ale w ciągu jednej sekundy opanowałam się. Zazgrzytałam zębami.
-Ev, przepraszam, okej? - brzmiał całkiem szczerze. - Jesteśmy przyjaciółmi, powinienem Ci mówić o wszystkim, prawda? Zawiodłem, wiem. - odetchnęłam. Czyli jednak zrozumiał wszystko opacznie, tak jak chciałam.
-Taak, ja też powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ty jesteś Louis, a ja jestem Evelyn. Mamy swoje własne życie... - mruknęłam. Chłopak uśmiechnął się, gładząc mnie po włosach.
   Szybko ubrałam się, po czym zeszłam do Tomlinsona. Rozwalił się na kanapie. Uśmiechałam się pod nosem.
-Jestem. - powiedziałam, na co on przewrócił oczami.
-Matko, już myślałem że nie wyjdziesz! Siedziałaś u siebie z godzinę. - pokręciłam głową, z westchnieniem.
-Uroki kobiety. - Louis wyglądał na zamyślonego. Po krótkim ,,lagu” powrócił na ziemię i powiedział:
-Od teraz mówimy sobie o wszystkim. - byłam zaskoczona jego stanowczością. Niepewnie pokiwałam głową. - I jeszcze jedno... - zamrugałam szybko oczami. O co znowu chodzi? - Nie spodobało mi się twoje pewne stwierdzenie.
-Hm?
-Uważasz, że jestem dla Ciebie nikim? - i właśnie w tym momencie podłoga zrobiła się taaaka ciekawa. Otwierałam już usta, żeby coś powiedzieć, ale jakaś bariera mi na to nie pozwalała. No bo co bym miała mówić? ,,Louis, powiedziałam to tak sobie, bo tak naprawdę jesteś dla mnie najważniejszy, no i nie wiem co by bez Ciebie było”?
W końcu odważyłam się:
-Nie... to nie tak. - przyznałam. - Jesteś dla mnie ważny, ale jak już mówiłam, mamy własne życie. - nie dopowiedziałam tylko jednego, malutkiego szczególiku. Że to Louis jest całym moim życiem.
Kiwał głową, znowu w zamyśleniu. Ciszę przerwał dzwonek mojego telefonu. Odebrałam prędko.
-Halo?
-Hej, Evelyn. - powiedział wesoło głos w słuchawce. Ten uroczy głosik poznałabym wszędzie.
-Niall! - zawołałam radośnie. Wczorajszego wieczoru nieco się zbliżyliśmy. W pewnym sensie byliśmy bardzo do siebie podobni. ,,Pokrewne dusze” - rzekła by pewnie Anna Shirley. Kątem oka dostrzegłam, że Louis na chwilkę posmutniał. A może tylko mi się zdawało?
-Mam propozycję. Nie do odrzucenia. - ten opanowany ton głosu śmiesznie brzmiał w ustach Irish Boy'a.
-No dawaj.
-Robię domówkę z Zaynem. Wpadłabyś? - i ty się jeszcze pytasz, Niall? - miałam ochotę mu powiedzieć.
-Okeh. O której mam się stawić? - zapytałam. Louis zmarszczył ociupinkę brwi.
-Jakoś o 9? - zaczął niepewnie. - Mogłabyś nam pomóc...
-Dobra, nie ma sprawy. - Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Po chwili się rozłączyłam. Louis wpatrywał się we mnie, czekając zapewne, aż powiem mu o co chodzi.
-Niall robi party, zaprosił mnie. Może też byś się wybrał? - zaproponowałam. Miał nieco dziwną minę.

~Oczami Louisa~
Musiałem się zgodzić. Po pierwsze, żeby zachowywać pozory przyjaźni z Niallem. Po drugie, oraz najważniejsze, żeby przypadkiem chłopak nie dobierał się do Evy.
Taa, nie byłem zaproszony, ale skoro Ev jest równie ważna dla Nialla jak dla mnie, to powinien zaakceptować to, że zaprosiła mnie na jego imprezę.
   Pożegnałem się z dziewczyną, po czym z ogromnym bananem na twarzy pojechałem do domu.
Byłem prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem w Londynie. Zauważyłem też, że Evelyn nie jest trwała w nienawiści. Potrafi bardzo szybko wybaczyć.
  Harry rozmawiał z kimś przez telefon. Zamknąłem cicho drzwi, chcąc przez chwilkę posłuchać. Wiem, wścibski jestem, ale cóż poradzić?
-Nie... - usłyszałem zachrypnięty głos loczka. - nie wiem. - przyznał po chwili jakby z niechęcią.
Do moich uszu dobiegło ciężkie westchnięcie. Styles mruczał coś pod nosem.
-Wiesz co, Liam? - ach, więc rozmawiał z Daddym. - Coś mi się tu nie podoba. - cisza. Loczek wysłuchiwał zapewne co ma mu do powiedzenia Payne. - Lou po prostu czasami robi coś bez zastanowienia, a później tego żałuje. Pomimo że nic nie da się z tym zrobić. Zupełnie jak dziecko. - świetnie! Czyli rozmawiają o mnie. Otworzyłem lekko drzwi, po czym dość mocno je zatrzasnąłem, udając, że dopiero co wszedłem do domu.
-Uhm, Louis chyba wrócił. - mruknął nieco zakłopotany chłopak. - Liam, nic nie rób. To ich sprawa. Cześć. - rozłączył się. Po chwili przed oczami miałem chudą sylwetkę Hazzy.
-Hej. - powiedziałem, lekko uśmiechając się do młodszego. - Czego Li ma nie robić? - zapytałem, odwieszając kurtkę na wieszak. Postanowiłem udawać, że słyszałem tylko ten fragment rozmowy. Harry nieco zbladł.
-Nie ważne... - spuścił wzrok. Wybąkał coś nie bardzo zrozumiałego i poszedł na górę. Super! Jeszcze jakieś tajemnice?! Coś we mnie krzyczało, żeby pójść do Liama, i zapytać się, o co w ogóle chodzi. Czyżby moi przyjaciele przestali mieć do mnie zaufanie? Natłok myśli w mojej głowie był niemal nie do wytrzymania.
Znużony oglądałem... barbie. Tak, śmiejcie się, proszę bardzo. Ta przesłodzona bajeczka mnie jakoś uspokajała. Moje młodsze siostry ją uwielbiały.

~Oczami Evelyn~
Po wyjściu Louisa w domu zrobiło się tak bardzo... pusto, nieprzyjemnie, ponuro... Wraz z nim odszedł mój dobry humor. Powlokłam się na górę, z zamiarem poduczenia się do egzaminów. Co jak co, ale ze szkołą nigdy nie miałam zbytnich problemów. Chyba że z przedmiotami ścisłymi... brr, na samą myśl o nich przenika mnie dreszcz obrzydzenia.
  Oczy same mi się zamykały. Miałam dosyć. Te wszystkie regułki, opisy mnie wykańczały. Z hukiem odłożyłam książki na stolik nocny. Coś tchnęło mnie, żebym poszła do pokoju gościnnego. Przekręciłam klucz w drzwiach. Ukazały mi się sterty płyt, książek bez okładek, wazony, wypłowiałe dywany, łóżko, kredensik. Wszystko to znajdowało się pod grubą warstwą kurzu. Tutaj na pewno żaden gość nie czułby się komfortowo. Przeszłam na palcach na balkon. Oczy mi się zaświeciły. Jak już kiedyś wspominałam, Londyn jest na prawdę piękny nocą.
  Siedziałam tam na małym krzesełku, rozmyślając o mało ważnych rzeczach, ale też tych które bardzo mnie intrygują. Na przykład zachowanie Annabell. Mogę się założyć o cały mój dobytek, że coś przede mną ukrywa.
  Ze ,,świata marzeń'' wyrwał mnie odgłos zamykanych drzwi samochodu. Mama? O tej godzinie?
Coś się musiało stać. Zaniepokojona niemal zleciałam na dół. Kobieta wpatrywała się we mnie, na w pół zmartwiona, na pół zaskoczona.
-Hannah? Co się stało? Czemu przyjechałaś tak wcześnie?
-Córciu... musimy porozmawiać. - powiedziała zmęczonym głosem. Jej mina świadczyła, że nie będzie to przyjemna pogawędka. - Prosiłabym Cię, abyś mi nie przerywała, dobrze? - nie odpowiadałam. Niczego nie mogłam jej przyrzec. Ze zrezygnowaniem pokręciła głową.
-Widzisz... jesteś już na tyle dorosła, że powinnaś wiedzieć, o wielu ważnych sprawach. Nawet nie wiesz, ile razy pragnęłam wyznać Ci... prawdę. - wpatrywałam się w nią tępo. Prawdę? Jaką?
-Mów dalej. - szepnęłam, mocno poruszona.
-Nie jestem twoją biologiczną matką. - zakręciło mi się w głowie. Jak to? Do moich oczu dostały się łzy. Pozwoliłam im płynąć. Bezsilnie opadłam na kanapę. - Cór...
-Nie waż się tak do mnie mówić! - syknęłam. Czułam się upokorzona. Okłamywała mnie przez tyle lat. Teraz rozumiem. Nie mów do mnie mamo... nie dlatego że jesteś już duża. Nie mów tak, bo nie jesteś moją córką.


Łzy uporczywie spływały. Taksówkarz dziwnie mi się przyglądał. Nie mogłam tam zostać. Nie, mogłam. Ale nie chciałam.
  Pierwszą osobą, której imię mi się nasunęło, to Louis. Tak. To go chciałam widzieć. Tylko on mógł mnie uspokoić, przytulić i zapewnić, że jutro będzie lepiej.
Zajechaliśmy pod dom chłopaka. Zapłaciłam mężczyźnie, po czym szybko wypakowałam się z auta wraz z moimi niewielkimi bagażami. Po resztę wrócę jutro, gdy ona będzie w pracy. Serce waliło mi szybciej, niż dotychczas. Szybko przeszłam przez ulicę. Weszłam po kilku schodkach.
Zadzwoniłam do drzwi. Słyszałam kroki... jednakże to nie było to charakterystyczne, słodkie szuranie.
-Evelyn? - przede mną stał zaskoczony Harry. Zamrugałam oczami. - Co się stało? - no tak, nie wyglądałam najlepiej. Zapytałam, czy mógłby zawołać Louisa. Pokiwał tylko energicznie głową, wchodząc w głąb domu.
  Po kilkunastu sekundach go zobaczyłam. Obraz przed oczami mi się zamazał. Znowu ten głupi płacz!
-Evy... - wyszeptał mi do ucha. Wtuliłam się w niego, przylegając całym ciałem. Tak mogłam trwać wiecznie, z przekonaniem, że jestem bezpieczna.

sobota, 27 października 2012

Rozdział 5.

Za wszystkie błędy itp. bardzo przepraszam. :<




Wreszcie. Tak oto i nadszedł ten dzień, na który wszyscy czekali... piątek! Zaśmiałam się radośnie, z własnej głupoty. Miałam wiele pomysłów, jak spędzić owy cudowny, wolny czas (oczywiście praktycznie wszystkie plany wiązałam z Louisem).
Było kilka minut po 17. I nagle do głowy wpadła mi dość ciekawa myśl... jednak czy nie brzmiałabym głupio? Zagryzłam wargę. Po chwili wahania wybrałam jednak numer do Tomlinsona.
Chłopak odebrał niemal natychmiast.
-Hej. - zamruczał. Mini atak serca. Ten głos... Ev, Ev, ty zakochana idiotko. - pomyślałam. Szybko odzyskałam panowanie nad swoim ciałem.
-Cześć. Wiesz, mam pewną sprawę - zaczęłam, starając się brzmieć neutralnie. - widzisz... pomyślałam, że może zabrałbyś swoich przyjaciół, ja jakieś koleżanki? Wyszlibyśmy gdzieś. - Przez chwilę kalkulował moją propozycję. Po chwili powiedział, uradowany:
-Okej. Przyjadę po Was. - rozłączył się. Okej. Trzeba by było zadzwonić do Katie, bo Annabell raczej się nie da namówić.
Po kilkunastu minutach wreszcie się rozłączyłam. Kat była super-podniecona. Wrzeszczała mi do słuchawki cały czas. Cała ona. Z uśmiechem na twarzy powędrowałam do łazienki. Szybko pokryłam moje rzęsy tuszem, a po ustach przejechałam bladoróżowym błyszczykiem. Rozczesałam włosy i dopiero po chwili zorientowałam się, jak bardzo drżą mi ręce. Nie rozumiem. Nigdy aż tak bardzo nie denerwowałam się spotkaniem z Louisem. Tyle że teraz... towarzyszyła mi moja przyjaciółka. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby ,,przypadkiem” napomknęła, że gadam o chłopaku cały czas. Oddychałam głęboko. Spokojnie, tylko spokojnie. Będzie okej. Musi być.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Pobiegłam otworzyć. Powitał mnie szeroki wyszczerz rudej. Tak, była idealnie rozluźniona. Albo zachowywała pozory.
-Katie. Zapamiętaj. Mnie teraz. - powitałam ją. - Żadnych numerów. - spojrzałam jej głęboko w oczy. Dziewczyna parsknęła perlistym śmiechem, po czym na hak odwiesiła kurtkę i szalik.
-Masz moje słowo. - przyrzekła, kierując się do salonu. Uwielbiałam i Ann i Kat, ale wolałam towarzystwo tej drugiej. Zawsze była taka pełna życia. Za to Bell potrafiła naprawdę dobrze poradzić w niektórych sprawach.
Nim się obejrzałam, Louis zatrąbił klaksonem. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Założyłam kurtkę, po czym szybko ubrałam trampki. Katie miała lekko zaróżowione policzki. Uśmiechnęłam się, po czym obydwie wyszłyśmy z domu. Otworzyłam drzwiczki samochodu Lou, po czym zajęłam miejsce obok niego.
-Okej... - zaczął. - Chłopcy, to jest Evelyn. - przedstawił mnie. Przeleciałam szybko po twarzach.
Wszyscy dosłownie promienieli. - Harry – wskazał na loczka. - Zayn – chłopak z kolczykami w uszach i niezłą fryzurą. - No i Liam. Nasz ojciec. - zaśmiał się Tomlinson. Ten ostatni miał ścięte krótkie włosy.
-Hej, miło poznać. - powiedziałam. - Ahm, więc to jest moja przyjaciółka... - nie było dane mi zakończyć tego zdania.
-Katie. - wyszczerzyła zęby. Zayn przyglądał jej się, zaciekawiony. Kat przygryzła wargę. Tak, z tej dwójki na pewno coś kiedyś będzie. Nagle samochód ruszył z piskiem opon. Spojrzałam morderczym wzrokiem na Louis'iego.
-Zapnij pasy. - upomniał, szczerząc się głupkowato do siebie. Pokręciłam głową, siłując się z pasem. Chłopak z westchnieniem pomógł mi, jedną ręką kierując.
-Matko boska, patrz jak jedziesz! - jęknęłam. Tommo przewrócił oczami, mrucząc coś pod nosem.
Zatrzymaliśmy się przy jakiejś ulicy. Nagle zauważyłam dobrze znane London Eye. Ugięły się pode mną kolana. Tak, mieszkam w Londynie od urodzenia, a nigdy nie byłam na tym kole widokowym. Po prostu nie miał mnie kto zabrać. Ktoś ścisnął mnie lekko za rękę. Serce mi stanęło, kiedy zrozumiałam, że to Louis.
-Boisz się? - szepnął. Kąciki jego ust zadrgały, żeby zaraz jeszcze bardziej udoskonalić jego twarz. Udoskonalić rzecz jasna, wspaniałym i łagodnym uśmieszkiem.
-Tak... - mruknęłam. Lou objął mnie w talii, przytulając do siebie. Zawał. Zza moich pleców dobiegło mnie głośne: ,,Awww”. Odwróciłam się. Liam, Zayn, Harry i Katie przyglądali nam się, rozczuleni. Zawiesiłam głowę w dół, czerwieniejąc jak piwonia.
Louis po wielu moich protestach, zapłacił za siebie i za nas. To znaczy za mnie i Kat, bo jak stwierdził: ,,Za nich nie będę, bo to idioci.” Naprawdę, przyjaźń na sto procent. Weszliśmy do jednej kapsuły. Ruszyło. Przerażona, wpatrywałam się w Louisa. W końcu jednak przerażenie ustąpiło szczęściu. Chłopak objął moje ramię. Razem oglądaliśmy ten przepiękny widok. Londyn roztaczał się przed nami niewinnie, pod osłoną nocy. Gwiazdy pobłyskiwały na niebie, dodając wszystkiemu cudowną, romantyczną scenerię. Dyskretnie spojrzałam w bok. Moja przyjaciółka stała koło Zayna, rozanielona. Cieszyłam się jej szczęściem. Możliwe, że w końcu znalazła sobie kogoś godnego siebie.
Nawet nie zauważyłam, kiedy byliśmy z powrotem na dole. Z rogalami na twarzach szliśmy do samochodu. I w tej chwili coś sobie uświadomiłam.
-Gdzie jest Niall? - Louis spojrzał gdzieś w bok. Liam zagryzł wargę, Zayn spuścił wzrok. Harry z dziwną miną powiedział:
-Nie chciał iść. - zmarszczyłam brwi. Katie spojrzała na mnie, zaciekawiona. Weszłam do samochodu. Przecież sam chciał się ze mną spotkać... musiał wiedzieć, że ja też idę. Dziwne.
Jechaliśmy przed siebie. Nie wiedziałam gdzie, a nie było nawet sensu pytać. Zapewne doczekałabym się odpowiedzi: ,,Niespodzianka''. Siedziałam więc wygodnie rozłożona, słuchając ,,Look after you'' od The Fray. Kiedyś już to słyszałam... tylko kiedy?
Louis zahamował lekko. Chłopak wyszedł, po czym otworzył moje drzwiczki. To było... całkiem słodkie. Ucieszona tym drobnym gestem, wyszłam z tak cudownie ciepłego i wygodnego auta. Tęsknym wzrokiem patrzyłam na siedzenie. Louis zachichotał cicho, wplatając swoje palce w moje.
Byłam zaskoczona. Serce biło mi tak szybko, jakby zamiast niego uwięziony był tam mały koliber.
Dopiero teraz rozejrzałam się po okolicy... zaraz, zaraz... Byliśmy w parku. Ale nie w jakimś zwykłym, które widuję właściwie na co dzień. St. James's Park. Pamiętam że przechodziłam tędy raz czy dwa. Nigdy jednak w nim nie spacerowałam. Ilekroć prosiłam o to mamę, ona tylko mówiła: ,,Nadarzy się jeszcze okazja'' lub ,,Nie teraz, nie mamy czasu''. Po chwilowym zerwaniu kontaktu ze światem, usłyszałam:
-Eve! - Loczek patrzył na mnie z rozbawieniem. Louis zakrywał teatralnie twarz ręką, a Zayn tylko zacmokał i powiedział:
-Jesteś dosłownie taka sama jak Liam. - uśmiechnęłam się zakłopotana.
W końcu wszyscy udaliśmy się na przechadzkę. Było naprawdę cudownie. Noc, ja i Lou trzymamy się za ręce, a na dodatek otacza nas piękna sceneria. Chyba nie mogło być lepiej. Jeżeli mam być szczera, to myślałam, że pójdziemy do klubu, zabawimy się trochę. Ale tak jest lepiej.
Gdy już wychodziliśmy, wpadłam na jakąś blondynkę. Nieco zmieszana przeprosiła. Przeniosła wzrok ze mnie na Tomlinsona. Oczy dziewczyny otworzyły się szeroko ze zdumienia.

~Oczami Louisa~
-Ty jesteś... - wyszeptała. To ona. Ta dziewczyna, którą... poznałem. Serce biło mi szybciej. Zamierzała mi coś zrobić? Nawrzeszczeć? I była jeszcze Ev... Po prostu bomba. - Louis? Tak, dobrze mówię?
-Tak. - bąknąłem.
-Zostawiłeś mnie. - odparła głosem niezdradzającym żadnych uczuć. Poczułem jak Evy puszcza moją rękę. Zaczęła szybko odchodzić... co ja narobiłem?
-Evelyn! - krzyknąłem. Ona tylko zaczęła biec. Katie obrzuciła mnie nienawistnym spojrzeniem. -Przecież nic nie zrobiłem! - warknąłem, na co Harry ściągnął brwi, znacząco spoglądając na blondynę.
-Jesteś draniem. - wysyczała, po czym wymierzyła mi siarczysty policzek. - Oby Ci się w życiu nie poukładało. - tak, to była prawda. Można powiedzieć, że ,,zdradziłem” moją miłość. Pewnie Ev zastanawia się, jaki ze mnie idiota.
Stałem tak, patrząc się w jeden punkt. Miałem dosyć.
-No może pójdziesz jej poszukać?! - powiedział zdenerwowany Zayn, pocieszając Katie. Przyjaciółka Evelyn na prawdę się o nią martwiła. Ja zresztą też. Bez namysłu pobiegłem przed siebie. Jestem. Debilem. Nie obchodziło mnie to, jak się czuła, wykorzystana przeze mnie owa blondynka. Tak, wykorzystana. Można to było inaczej nazwać? Obchodziło mnie tylko to, gdzie jest Evelyn. Muszę wszystko jej wytłumaczyć. Szczerze jej zachowanie nieco mnie zdziwiło. Ale czy ja nie złościłbym się, gdybym dowiedział się, że Evy się puściła z jakimś innym? Cóż, ja to co innego, bo ją... nie dziwnie to brzmi. Miłość...
Zwiedziłem wszystkie pobliskie parki, najbliższe ulice, kawiarenki. Nigdzie jej nie było. Zacząłem już tracić nadzieję, gdy zauważyłem dwie postaci. Przybliżyłem się dyskretnie nieco bliżej, chowając się za krzakami jak paparazzi chcący sfotografować jakąś gwiazdę. Nie było wątpliwości. To musiała być ona. Była z... jakimś chłopakiem? Tak, to z pewnością nie była kobieta. Jej towarzysz głaskał ją czule po włosach. Niestety nie słyszałem, o czym rozmawiają. I w jednym momencie skojarzyłem, kto ośmiela się tykać TAK Evelyn. Mojej Evelyn. To mogła być tylko jedna osoba. Niall. Co on tu robi?! Już chciałem tam podbiec, odsunąć Irlandczyka i najnormalniej w świecie wyznać Evy, co do niej czuję. Powstrzymałem się jednak szybko.

~Oczami Evelyn~

Bolało. Bolało jak cholera. Louis i ta dziewczyna. Czułam, że rozpadam się na kawałki. Niby nic między nim a mną nie zaszło. Ale to wszystko... duża łza spłynęła mi po policzku. Po niej pojawiły się następne.
Usłyszałam kroki. Otarłam twarz, starając się wyglądać normalnie. Popatrzyłam w bok, na ścianę jakichś zarośli.
-Evelyn? - ktoś szepnął cicho. Poderwałam głowę do góry. Nade mną stał Nialler. Próbowałam uśmiechnąć się, ale niezbyt mi się to udało. Chłopak usiadł koło mnie. - Coś się stało? - nie umiałam kryć się z emocjami. Zaszlochałam cicho. Farbowany bez słowa przytulił mnie. Wdychałam jego perfumy, powoli się uspokajając. Jego dłoń przeczesywała lekko moje włosy. Od czasu wypadku z Niallem widziałam się tylko kilka razy, więc jego gesty nieco mnie zaskoczyły. Pomimo tego byłam mu wdzięczna. Nie musiałam przynajmniej cierpieć w samotności.
Po kilkunastu minutach siedzenia w ciszy, blondyn się ode mnie odsunął. Spojrzałam na niego, zdziwiona.
-Jest zimno. - powiedział. - Chodź, kilkadziesiąt metrów dalej jest mój dom. - skinęłam głową. Wstaliśmy. Wziął mnie pod rękę i razem poszliśmy w kierunku jego mieszkania.
Leżałam na łóżku Horana pisząc z Katie. Dziewczyna strasznie się denerwowała. Uspokajałam ją, mówiąc, że nic mi nie jest, i że Niall był na tyle życzliwy, że pozwolił mi nocować u niego w domu.
Po tym wyłączyłam komórkę, nie chcąc znowu przekonywać Kat, że to tylko mój kolega. Przymknęłam powieki. Nawet nie usłyszałam, kiedy wszedł do pokoju. Usiadł na skraju łóżka i westchnął. Otworzyłam oczy.
-Obudziłem Cię? - zapytał cicho.
-Nie, nie spałam. - mruknęłam. Chłopak wstał szybko, po czym powiedział:
-Śpię w pokoju gościnnym, pierwsze drzwi na lewo. - zmarszczyłam brwi, po czym zaprotestowałam:
-Hej, możesz spać tutaj. W końcu to ja jestem... - Niall pokręcił głową, wychodząc z pokoju. Świetnie. Ułożyłam się jak najwygodniej. Moje myśli znowu zaprzątnął on. Kim była ta blondynka? Jego dziewczyną? I czemu, do licha, mówiła, że ją zostawił?! Zakryłam twarz dłońmi. Pragnęłam zasnąć i obudzić się jako ktoś inny. Jako ktoś szczęśliwy, bez żadnych zmartwień. Musiałam jednak pogodzić się z tym, że jestem tylko Evelyn. Evelyn Smith.


środa, 17 października 2012

Rozdział 4.



Rozdział 4.

Z ulgą wyszedłem z uczelni. Padał lekki deszcz. Szybkim krokiem ruszyłem do auta. Przemierzałem samochodem szare ulice Londynu, a chwilę później byłem już przy mojej ulicy.
Jutro znowu wracałem do pracy. Dość długi urlop pomógł mi stanąć na nogi. Nie żebym nie lubił pracy kelnera, która swoją drogą była nawet dobrze opłacalna, ale trudno było mi pogodzić studia i pracę.
Znudzony przewijałem kolejne kanały. Zirytowany wyłączyłem telewizor i szybko wybrałem numer Harry'ego. Potrzebowałem rozrywki. Inaczej umrę w strasznych konwulsjach, zanudzając się na śmierć.
-Halo? - odezwał się głos Hazzy. Musiałem obudzić Loczka, bo głos miał tak zaspany, że prawie pomyliłem go z zombie.
-Przyjdziesz? Zadzwonię do chłopaków, obejrzymy jakiś film... - usłyszałem jak mruczy coś ,,niewyspaniu'' i ,,irytującym niewyżytym staruchu''. Zmrużyłem oczy.
-No... kiedy mam się stawić? - burknął.
-O 19. I jeszcze jedno, Harold. -powiedziałem. Nienawidził swojego pełnego imienia. - Nie jestem staruchem. - rozłączyłem się. Musiałem jeszcze zadzwonić do Liama, Zayna i Blondiego. Tego ostatniego nie miałem ochoty słyszeć, a co dopiero oglądać. No ale bądź co bądź, byliśmy przyjaciółmi.
Szybko podjechałem pod najbliższy market. Znalazłem (o dziwo) miejsce na parkingu. Od razu skierowałem się na dział ze słodyczami. Wziąłem dwie paczki żelków, po czym ruszyłem dalej. Po drodze wziąłem jeszcze 3 paczki chipsów, kilka napoi i ciastka. Znając życie Niall i tak zje połowę(jak nie będzie zbyt głodny). Zapłaciłem, po czym z ulgą wyszedłem ze sklepu. Miałem jednak niejasne przeczucie, że o czymś zapomniałem...
Kilka minut po 19 do domu bez pukania wrąbali mi się chłopacy. Powinienem zamykać drzwi...
Od razu w oczy rzuciła mi się blada twarz Niallera. Nie wyglądał za dobrze, a gdy tylko zobaczył, że mu się przyglądam, odwrócił speszony, wzrok. Coś tu było całkiem nie tak.

~Oczami Liama~

Weszliśmy do domu Louiego. Przed wyjściem poprosiłem farbowanego, żeby zachowywał się w miarę normalnie. Cały czas chodził taki przygaszony i zamyślony. Na dodatek opuszczał lekcje i zaczął palić. Co się dzieje z tym chłopakiem? Moje intensywne rozmyślania przerwał Zayn machający mi przed oczyma.
-C-co? O co chodzi? - zapytałem. Harry wybuchnął głośnym śmiechem, przy okazji ukazując słodkie dołeczki. Lou tylko przewrócił oczami i powiedział:
-Pytałem, czy pasuje Ci horror, czy wolałbyś oglądać coś innego.
-Może... może być. - mruknąłem z niechęcią. Z całego serca nienawidziłem horrorów, ale widziałem napalone miny moich przyjaciół. Nie chciałem burzyć ich szczęścia.
Po moim mini zawale serca, kiedy to przed oczyma wyskoczył mi jakiś ohydny potwór, stosiku mrożących krew w żyłach wrzasków oraz zawyżonej dawce masakry Niall wyszedł cicho z pokoju.
Chłopcy byli zbyt zajęci filmem, więc i ja wymknąłem się szybko za nim. Siedział przy stole, lekko się trzęsąc. Płakał? Serce mi zmiękło, ale zaraz ściągnąłem gniewnie brwi. Co się z nim do cholery, działo?
-Niall? - jego zapłakana twarz szybko zwróciła się ku mojej. Zrobił groźną minę i warknął:
-Wal się... - nie zniechęciło mnie to. Usiadłem koło niego i objąłem ramieniem. Natychmiast się odsunął. Jak dziecko. Westchnąłem cicho, po czym zapytałem:
-O co chodzi? Od jakiegoś czasu... zachowujesz się dziwnie. - chłopak spojrzał na mnie smutno, po czym szepnął cicho, patrząc gdzieś w przestrzeń:
-Czemu po prostu nie możesz udawać, Liam? Że nic się nie dzieje? Tak jak oni... - skinął głową na salon, w którym siedzieli maniacy horrorów.
-Bo się martwię. Zresztą może Ci się wydaje, że nic ich nie obchodzi. - przybrałem srogi ton głosu.
-Nie widzisz tego? Martwimy się o Ciebie! - Farbuś znowu się rozpłakał. Chyba próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił. Coś bardzo, ale to bardzo go bolało. Widziałem to lepiej niż doskonale. Kilka minut później się trochę uspokoił i zaczął:
-Li, ja już nie mogę... Evelyn... Louis... - załkał. Przytuliłem go mocno. Ach, głupi, mały, Irlandczyk. Mógł od razu z tym do mnie przyjść. Potarłem lekko dłonią jego plecy.

~Oczami Louisa~

Zapatrzony w krwawe scenki filmu nawet nie zauważyłem, jak Liam i Niall zniknęli z pokoju. Pełen obaw i ja wyszedłem. A co jak ich coś porwało? Wzdrygnąłem się. Kurna, Lou, nie masz 5 lat. - odezwało się moje drugie ja. Nagle z kuchni usłyszałem rozpaczliwy szept Nialla:
-Li, ja już nie mogę... Evelyn... Louis... - stanąłem jak wryty. Co on, do jasnej cholery, chciał od Eve? Chciałem tam wejść i zapytać go o to, ale postanowiłem poczekać na rozwój sytuacji.
Chwilę potem Liam zaczął:
-Ja... nie będę kibicował żadnemu z was. To sprawa między wami a Evelyn. To ona wybierze. - ona wybierze? Ona. Wybierze. Sprawa. Evelyn. Louis, ty idioto! - warknąłem do siebie w myślach. - Ty niedomyślny debilu! Niall się zakochał. W Evy. Zapałałem jeszcze większą niechęcią i nienawiścią do farbowanego blondyna. Zdenerwowany szybko ubrałem buty, szarpnąłem za sobą kurtkę i wybiegłem jak oparzony z domu. W głowie wirowało mi od myśli. Czyżbym miał konkurencję? Poszedłem do najbliższego klubu. Było tam duszno, muzyka dudniła w uszach. Rozgrzane od tańca ciała kobiet przyciągały mnie zachęcająco. Uśmiechnąłem się pod nosem. Usiadłem przy barze.
-Coś podać? - zapytał barman. Oczywiście, na początek musiałem wybrać piwo. Dopiero później miałem zacząć się rozkręcać.
Rano obudziłem się z potężnym bólem głowy. Jęknąłem cicho. Zaraz... gdzie ja jestem? Rozejrzałem się po nieznanym mi miejscu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to pół naga, śpiąca blondynka. Zagwizdałem cicho. Nawet schlany gust miałem nie najgorszy. Wszedłem dziewczynie do łazienki, żeby rozglądnąć się za jakimiś tabletkami. Nagle stanąłem jak wryty. Boże. Jak. Ja. Wyglądam. Obraz nędzy i rozpaczy. No po prostu bomba. Westchnąłem zrezygnowany. Po chwili w oczy rzuciła mi się apteczka. Uradowany, znalazłem w niej to czego szukałem. Szybko obeznałem mieszkanie, po czym wszedłem do kuchni. Nalałem sobie wody do szklanki i popiłem tabletkę. Dość dziwnie tak buszować po czyimś mieszkaniu... ale przetrwać jakoś trzeba, a głowa napierdzielała mnie niesamowicie. Pewnie uznacie mnie za chama, ale pozbierałem swoje rzeczy, i bezceremonialnie wyszedłem z domu dziewczyny.
Powoli przypominałem sobie wydarzenia z nocy. Rozmowa, taniec, pocałunek i łóżko. Czyli jak zwykle po imprezie. Nagle przypomniałem sobie powód tych rzeczy. Niall. Ponure myśli o blondynie zajęły cały mój umysł.
Już miałem dochodzić do momentu, kiedy wyobrażam sobie dziecięcy płacz Horana, kiedy trzymam Eve za rękę... kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zmieszany szybko je otworzyłem. Za nimi zastałem Harry'ego, Liama i Zayna z założonymi rękoma. Wyglądali naprawdę przekomicznie. Parsknąłem śmiechem.
-No i z czego się lejesz, idioto?! - warknął mulat. Wystraszony spojrzałem na ich zagniewane twarze. Po raz pierwszy widziałem ich takich poważnych...
-Szukaliśmy Cię. Całą. Kurwa. Prawie. Noc. - wycedził Harry. Zayn zacisnął pięści, a Li tylko pokręcił głową. Naraz moje buty stały się naprawdę ciekawym obiektem.
-I nic nie masz do powiedzenia?! - krzyknął rozwścieczony Payne. Otworzyłem szeroko oczy, nieomal padając ze zdumienia. Nigdy nie był taki agresywny wobec mnie. Nigdy nie był taki agresywny wobec NIKOGO. Bąknąłem coś, co miało brzmieć jak: ,,przepraszam”. Wszyscy jak na komendę, prychnęli.
-Przepraszam Ci powie... - mruknął Zayn, trąc oczy jak małe dziecko. - A... i po co Ci ten cholerny telefon, jak z niego nie korzystasz?!
-Dajcie mi już spokój... - wyjęczałem. W moich oczach pojawiły się malutkie łezki. Widać było, że Haroldowi zmiękło serce, bo spojrzał na mnie rozczulony. Byłem najlepszym aktorem świata!
~Oczami Evelyn~

Znudzona robiłam notatki. Ostatnia lekcja... nareszcie! Tak bardzo chciałam wyjść z klasy, pójść na miasto i się zabawić! Niestety, muszę poczekać jeszcze długie 45 minut. Znudzona wyjrzałam za okno. Jak zwykle lał deszcz. Oddałam się całkowicie przemyśleniom. Może wyjdę gdzieś z Lou?
Och nie, nie. Wyjdziesz gdzieś z przyjaciółkami. - warknęłam do siebie w myślach. Tak, ostatnio strasznie je zaniedbywałam. Powinnam była jakoś im to wynagrodzić.
Dzwonek. Och taaak! Z uśmiechem wyszłam z sali, z zamiarem poczekania na dziewczyny. Byłyśmy w innych klasach, ale kończyłyśmy o tych samych godzinach. Znaczy ja i Annabell. Katie ma zwolnienie z w-f.
Po kilku minutach zobaczyłam wysoką dziewczynę, z prostymi czarnymi włosami. Miała tak dziwnie niebieskie oczy... Annabell. Promieniała ze szczęścia.
-Hej, co się dzieje? - zapytałam na wstępie. Ann spojrzała na mnie, zdziwiona. Była o niebo lepszą aktorką niż ja, ale znałam ją za długo. Coś się działo.
-Nie rozumiem. - powiedziała. W jej oczach tańczyły wesołe iskierki. Tak, z pewnością coś było na rzeczy. Robiąc minę w stylu : ,,Ann, skończ'', zapytałam:
-Myślisz, że się nie dowiem? - dziewczyna wywróciła oczami. Nie miałam czasu się z nią kłócić, bo zaraz coś, a raczej ktoś uwiesił mi się na ramieniu.
-To jak, idziemy? - zaświergotała. Kat. Przytaknęłam i wszystkie trzy ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Wolność! Miałam ochotę krzyknąć. Bells wyciągnęła telefon i szczerząc się do ekranu, zawzięcie z kimś esemesowała. Katie, nie zauważając jakby żadnej zmiany, wesoło podskakiwała. Co z nimi jest nie tak? A może to ja jestem przewrażliwiona? - myślałam. Niewidzącym wzrokiem szłam przed siebie.
-Ej! Evy! -krzyknęła za mną Katie. Zamrugałam oczami i ze zdziwieniem stwierdziłam, że stoję dobre kilka metrów przed nimi. Zmieszana podeszłam do dziewczyn. Obydwie parsknęły śmiechem. Jednak w przypadku Bell, był on raczej wymuszony.
Siedziałyśmy w samochodzie, zdenerwowane. Korki jak ja Cię. Chciałyśmy wybrać się na coś do kina. Ruda nie miała dzisiaj ochoty na imprezowanie, co było bardzo, bardzo dziwne. Cały ten dzień jest jakiś pokręcony. Nagle rozdzwonił się dźwięk mojego telefonu. Niall?
-Halo?
-Hej. - usłyszałam roześmiany głos. Zrobiło mi się cieplej na sercu. Temu Irlandczykowi zawdzięczałam naprawdę wiele.
-Cześć. - powiedziałam, mimowolnie rozciągając usta w uśmiechu. Nie miałam zielonego pojęcia, czemu Louis mógłby być zły na Nialla. Jasne, bardzo luźno podchodził do niektórych spraw, ale poza tym?
-Robisz coś teraz? - zapytał. Tak, oczywiście chciałabym coś robić, ale uniemożliwia mi to ten gówniany korek.
-Siedzę w aucie i czekam na śmierć głodową. - mruknęłam, na co on parsknął śmiechem. Burczało mi w brzuchu, a ten niekończący się wąż samochodów w ogóle się nie ruszał!
-No to przechlapane. -stwierdził pogodnie. - Szkoda, myślałem że gdzieś byśmy wyszli. - w głębi serca żałowałam, że nie mogę teraz wyjść, trzasnąć drzwiami i pójść z Niallem.
-Ach, może jutro? - nie wiem czemu, ale chciałam zobaczyć, co z Niallerem. Od zajścia na ulicy miałam jakieś nieodgadnięte uczucie, że łączy nas jakaś więź. Oczywiście to żadne z tych uczuć towarzyszących mi przy Tomlinsonie.
-Świetnie! - ucieszył się. - zadzwonię do Ciebie, to się umówimy, okej?
-Jasne. Do zobaczenia. - powiedziałam. Chłopak rozłączył się. Katie wyzywająco na mnie spoglądała. O co chodzi? Wręcz przeszywała mnie na wskroś. No co ja takiego zrobiłam?
-Masz chłopaka, a ja o tym nie wiem? - wysyczała. Niemal mogłam się przestraszyć jej wrogiego tonu. Pokręciłam głową, zaraz jej tłumacząc:
-Dzwonił do mnie Niall. Pytał, czy jestem teraz wolna.
-Chciał się spotkać, tak? - mruknęła, patrząc gdzieś w dal. - To pierwsza oznaka! - krzyknęła podniecona, szczerząc kły.
-Jaka oznaka? To tylko mój znajomy. - zaakcentowałam słowo tylko, na co ona skrzywiła się. Zaczęła zaraz tłumaczyć, że to minie. Ja, niezbyt zrelaksowana, musiałam słuchać jej długiego monologu.

~Oczami Liama~

Zagłębiałem się w lekturze. Było tak, jak lubię. Za oknem ciemność, drewno w kominku wydaje ciche trzaski, ja popijam ciepłą herbatę... jestem sam. Idealnie. Nie byłem typem imprezowicza.
Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki, myśli same zaczęły wirować w mojej głowie. Dwoje przyjaciół, obaj zakochani w jednej dziewczynie. Przecież to się skończy katastrofalnie! Schowałem twarz w dłoniach. Co robić, co robić? Po raz pierwszy w życiu nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Czułem się z tym źle. Nie mogłem pomóc żadnemu.
Rozmyślałem tak przez dłuższą chwilę. W końcu podniosłem się z kanapy. Dosyć, wychodzę. - pomyślałem. Założyłem buty, chwyciłem kurtkę, telefon i szalik, po czym wyszedłem. Jedynym źródłem światła były uliczne latarnie. Miałem zamiar iść do Zayna. Jakaś cząstka mnie wierzyła, że Malik da mi jakieś potrzebne wskazówki.
Zapukałem kilka razy do drzwi chłopaka. Otwarła mi jego matka.
-Och, Liam. - uśmiechnęła się radośnie. - Miło Cię znów widzieć.
-Dobry wieczór. Jest może Zayn? - zapytałem szybko. Kobieta przytaknęła, mówiąc, że jest u siebie. Popędziłem szybko na górę. Drzwi jego pokoju były leciutko uchylone.
-Hej. - mruknąłem. Chłopak spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Co cię tu sprowadza, Daddy? - zmrużył oczy. Przygryzłem lekko wargę. No co mu miałem powiedzieć? ,,Słuchaj Zayn, wiem że to może dziwnie zabrzmieć, ale Niall i Louis się zakochali w Evelyn, wiesz? No, to któremu mam pomóc, jak myślisz?'”. Przecież to było komiczne!
-Jest jedna sprawa. - zacząłem. - Co byś zrobił... gdyby twoi dwaj znajomi, kochali by tą samą dziewczynę? - Mulat zmarszczył czoło, intensywnie się zastanawiając.
-Czemu mnie o to pytasz? - zapytał nagle.
-Wydawałeś mi się do tego najodpowiedniejszą osobą. - powiedziałem. Był jeszcze przecież Harry, ale on był za młody, żeby wszystko dobrze zrozumieć. Pokiwał głową, ze zrozumieniem. Przez chwilę wpatrywał się w jeden punkt, po czym przeniósł wzrok na mnie.
-Li, nie pakuj się w ich sprawy. Wiem, że chcesz dla wszystkich dobrze, ale... - urwał, spoglądając na mnie znacząco. Czyli doszedł do tych samych wniosków co i ja. Że to nie moja sprawa, że wybrać może tylko ona. Evelyn.
Podziękowałem Zaynowi za rozmowę, po czym udałem się z powrotem do domu. To był ciężki dzień. I nic nie zapowiadało, że następne będą lepsze.

Coś do poprawy? Zmienić coś może? Czy jest okej? ; d

niedziela, 14 października 2012

Rozdział 3.



Minął tydzień od feralnego wtorku. Nie miałam okazji porozmawiać z Hannah. Przychodziła późnym wieczorem, i od razu po cichu szła do sypialni. Wyraźnie mnie unikała. Nie powiem, zaczęło mnie to denerwować.
Louis zazwyczaj towarzyszył mi w przechadzkach, żeby mieć pewność że nic mi nie jest. To było naprawdę miłe z jego strony. Jeździliśmy jednak najczęściej do niego, oglądaliśmy filmy. Z nim szary wrzesień nabrał barw.
Jak zwykle wracałam pieszo ze szkoły do domu. Anabell wróciła już do Londynu. Jak zawsze przypominała nam o nauce. Była niczym nasza matka. Surowa, ale jednocześnie dbająca o nas pod każdym względem. Czasami nie mogłam uwierzyć, że jest w tym samym wieku co my. Zachowywała się bardzo dorośle i odpowiedzialnie. I również nie wyglądała jak typowa osiemnastolatka. Można było dać jej co najmniej dwadzieścia lat.
Z rozmyślań wyrwał mnie ostry pisk opon. Stanęłam jak wryta. Powinnam była bardziej uważać.
Spojrzałam na kierowcę ze skruchą i powędrowałam dalej. Zaczął kropić lekki, zimny deszcz.
Ciemne chmury ale jednocześnie świecące słońce wyglądały tak pięknie... Zachwycałam się tym widokiem, aż stanęłam u progu domu. Szybko otworzyłam zamek, po czym z trzaskiem zamknęłam drzwi. Rzuciłam plecak na dywan, po czym poszłam nalać sobie czegoś do picia.
Znużona przewijałam kolejno kartki podręcznika. Planowałam wkuwać cały wieczór, ale już po godzinie miałam dosyć. Z jękiem zabrałam moje rzeczy i poczłapałam na górę. Dzisiaj zamierzałam poczekać na mamę.
Pod 2 godzinach usłyszałam warkot silnika. Z uśmieszkiem zeszłam z powrotem na dół, do kuchni. Zapaliłam światło. Po kilku minutach Hannah weszła do kuchni. Patrzyła na mnie zdziwiona.
-Cześć. - mruknęłam. - Chcę z tobą porozmawiać.
-Evelyn, jestem zmęczona. - bąknęła, chcąc wyjść z pomieszczenia. Zagrodziłam jej drogę, na co ona spojrzała na mnie, oburzona. - Co ty wyprawiasz? - syknęła.
-Chcę porozmawiać. - powtórzyłam. Przybrałam nieco ostrzejszy i zdecydowany ton. Ona, zrezygnowana, skinęła na mnie ręką. Podążyłam za nią. Gestem nakazała mi, żebym usiadła.
-A więc... może chciałabyś mi powiedzieć, czemu Cie ze mną nie było? - uniosła brwi. -W szpitalu. - wytłumaczyłam. Uparcie wlepiała wzrok w swoje buty. Otwarła kilka razy usta, po czym jej zamknęła.
-Mamo... - jęknęłam. Zmrużyła oczy i powiedziała krótko:
-Hannah. A teraz wybacz al... - nie dałam jej skończyć tego zdania. Założyłam ręce i zirytowana warknęłam:
-Nie masz mi odwagi tego powiedzieć, tak?! Tego, że ważniejsza niż własna córka, jest praca! - zobaczyłam łzy w jej oczach. Normalnie zrobiłoby mi się jej żal, ale teraz nie czułam nic prócz narastającej wewnątrz mnie, pogardy. Po chwili szepnęła cicho:
-Przepraszam. - po czym szybko zwinęła się na górę. Zazgrzytałam zębami, po czym pomknęłam do łazienki. Wzięłam długi, relaksujący prysznic. Nic nie mogło mi w tym momencie bardziej pomóc.
Obudziłam się z krzykiem cała zalana łzami. Nie wiem dokładnie co mi się śniło... Ukryłam twarz w dłoniach. Zaszlochałam cicho. Wzięłam do ręki telefon. Była 4:32. No nieźle... Roztrzęsiona zapaliłam światło. Co się ze mną dzieje, do cholery? Opadłam na łóżko, wpatrując się
w ciemność za oknem. Przypominała pod pewnym względem mnie. Skryta i chłodna.
Otworzyłam oczy zaskoczona. Telefon wibrował mi w ręce. Odebrałam szybko.
-Mhmm? - mruknęłam, ziewając. Przeczesałam zimnymi palcami moje włosy.
-Gdzie ty jesteś? - wrzasnął głos po drugiej stronie. Annabell. Zaniepokojona nieco, zerknęłam na zegarek. Była 9:37... oj.
-Ahm, źle się czuję. - skłamałam. Nie miałam dzisiaj ochoty iść do szkoły. Byłam zmęczona i obolała.
-Mogłaś chociaż zadzwonić. - powiedziała z wyrzutem. - kończę, zaraz skończy się przerwa. Do zobaczenia. - nie odpowiedziałam, tylko się rozłączyłam. Bell chyba nie była zbytnio przekonana co do mojej ,,choroby''. Cóż, nie przywykłam do kłamstw, to też nie byłam zbyt w nich wykwalifikowana. Westchnąwszy cichutko, poszłam do łazienki. Podeszłam do lustra. Matko. Boska. Wyglądam gorzej niż chodzący trup. Szybko przemyłam twarz, po czym na twarz nałożyłam lekką warstwę makijażu.
Po zakończonej porannej toalecie, coś tchnęło mnie, żeby iść na strych. Ostatni raz byłam tam kilka lat temu... Nie czekając dłużej, pobiegłam na górę. Z trudem tworzyłam ciężkie, drewniane drzwi. Stare meble, książki, telewizor, ubrania, albumy, wypłowiałe dywany... wszystko to było pokryte grubą warstwą kurzu. Gdzieś na suficie można było zauważyć okropne, wielkie pajęczyny.
Podłoga zajęczała, gdy po niej przechodziłam. Gdzieś pośród tego bałaganu leżały wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa. Wszystkie rysunki, zabawki. Oglądałam wszystko bardzo dokładnie, jak gdybym była w muzeum a nie w dusznym i zawalonym stryszku. Mój wzrok spoczął na starej okładce albumiku. Wzięłam go do rąk, nie przejmując się tym, że ubrudzę sobie ubranie. Delikatnie przewijałam strony, jak głupia uśmiechając się do zdjęć. Ja i mama, obydwie promieniałyśmy. Obok nas stała wysoka, zielona choinka przystrojona kolorowymi bombkami. Taak, pamiętam ten dzień. Wigilia Bożego Narodzenia.

Z niecierpliwością czekałam aż drzwi otworzą się. Mama obiecała, że dziś skończy wcześniej. Moja opiekunka patrzyła na mnie z rozbawieniem. Dla mnie ta sytuacja nie była wcale śmieszna.
Kilkanaście minut później, mama wkroczyła z ciocią do salonu. Uszczęśliwiona, rzuciłam się jej na szyję. Ona tylko zaśmiała się cicho i pocałowała mnie w policzek. Ciocia szczerzyła do mnie zęby w uśmiechu. Przytuliłam się do niej.
Wieczór mijał nam radośnie. Śpiewałyśmy kolędy, obdarowywałyśmy się prezentami... Radośnie brykałam po całym domu, z lalką w dłoni którą dostałam od mamy, i kompletem ubrań dla niej, od cioci.

Otrząsnęłam się z tego przyjemnego, acz odległego wspomnienia. Miałam wtedy 8 lat. To były nasze ostatnie wspólne święta. Ciocia zmarła rok później. Przez to Hannah jeszcze bardziej zatraciła się w pracy. Wujek wyjechał za granicę... rodzina rozpadła się. Miałam wtedy przy sobie jedynie ją. Mamę.
Siedziałam w pokoju z laptopem na kolanach, bezmyślnie wgapiając się bezmyślnie w pulpit. Oto wpadłam w stan nazywany: SNN. Czyli stan najwyższej nudy. Z otępienia wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Zmarszczyłam brwi, po czym spojrzałam na wyświetlacz. Louis. Serce zatrzepotało mi mocniej.
-Halo?
-Hej, Eve. - odezwał się głos po drugiej stronie. Ten jakże miękki, słodki, cudowny głos. - Miałabyś
ochotę wpaść? Podjechałbym po Ciebie. - tak. Tak. TAAAAK! Moja radość nie miała granic. Zamiast jednak entuzjastycznie krzyknąć, jaka jestem szczęśliwa, powiedziałam jedynie:
-Jasne. No to czekam. - spróbowałam nie zdradzić, jak baardzo jestem podekscytowana. Chyba mi się nie udało, bo Louis parsknął śmiechem po czym się rozłączył. Jak tornado wpadłam do łazienki i szybko splotłam włosy w koka. Przejechałam po ustach błyszczykiem i lekko pomalowałam rzęsy.
Pomyślałam też, że warto zadzwonić do mamy. Niby wiedziałam, że nie odbierze, ale po prostu musiałam.
Ku mojemu zaskoczeniu, po kilkunastu sygnałach, usłyszałam w słuchawce głos:
-O co chodzi, Evelyn?
-Chciałam Ci powiedzieć, że wychodzę... nie wiem o której wrócę. - powiedziałam szybko. Zerknęłam na godzinę. Była 18: 44.
-Ok... - mruknęła. - dziękuje że zadzwoniłaś. Pa. - jej głos był jak zwykle spokojny i opanowany.
-Pa. - rozłączyłam się. Miałam jeszcze trochę czasu, więc poszłam poczytać książkę którą kupiła mi Hannah. Do tej pory jeszcze jej nie podziękowałam...
Pół godziny później Lou wysłał mi sms, że jest już pod oknem. Szybko wybiegłam z domu, dokładnie go zamykając. Weszłam szybko do jego ogromnego auta, zdolnego do pomieszczenia siedmiu osób.
-Hej. - powiedziałam, szczerząc zęby.
-Cześć. - mruknął, majstrując przy radiu. Po chwili odpalił silnik. Uparcie gapił się przed siebie, ani razu na mnie nie zerknąwszy.
Dłuższą chwilę potem, miałam tego dosyć.
-Louis, co się do diaska, dzieje? - warknęłam. Przez telefon niemal buchał radością, a teraz... takie coś. Spojrzał na mnie, zdziwiony. Och tak, najlepiej udawać że nic się nie dzieje, a on zachowuje się normalnie!
-Ehm, no już, dobra... - zapewne przestraszyła go moja zacięta mina. - Niall mnie... wnerwia. - pewnie chciałby powiedzieć coś bardziej wulgarnego, ale się powstrzymał. Nie rozumiałam, co ma do owego słodkiego blondyna, ale nie wnikałam.
Byliśmy już na miejscu. Dom Lou był całkiem duży, liczył sobie trzy sypialnie, salon, kuchnię i dwie łazienki. Dosłownie wszędzie wisiały jakieś zdjęcia. Tomlinson uwielbiał fotografować wszystko... i wszystkich.
Siedzieliśmy rozłożeni na sofie i graliśmy w państwa miasta. Nagle za oknem rozległ się potężny grzmot. Błysnęło. Jasna. Cholera. Burza. Przygryzłam wargę i niespokojnie wpatrywałam się w wichurę za oknem. Louis patrzył na mnie to z zaskoczeniem, to z rozbawieniem. Wstał szybko po czym pozamykał i pozasłaniał wszystkie okna. Nie mógł jednak ściszyć tego, co działo się za oknem. Znowu huknęło ostro. Przerażona objęłam schowałam twarz w dłoniach. Chłopak cicho zaśmiawszy się, usiadł koło mnie i lekko objął. Oparłam się o jego tors.

~Oczami Louisa~

Tak, ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Byłem niemal wdzięczny, że Eve bała się burzy. Miałem przynajmniej pretekst, żeby się do niej przytulić. Zagrzmiało. Dziewczyna zadrżała. Głaskałem ją lekko po ramieniu. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Leciutko ją od siebie odsunąłem, po czym podszedłem do szafki. Trzymałem tam słuchawki i moją mp4. Wyjąłem je. Szybko ustawiłem moją ulubioną piosenkę. Nałożyłem Evelyn słuchawki na uszy. Uśmiechnęła się do mnie, z wdzięcznością.
Po chwili oddech Ev się wyrównał i uspokoił. Zaskoczony spojrzałem na jej zamknięte oczy. Zasnęła? Przygryzłem wargę. Wyglądała naprawdę słodko. Ileż bym dał, gdyby zasypiała tak u mnie codziennie! Tomlinson. Idioto. Skończony. Temat. Eve. Nie. Będzie. Twoja! - warknąłem na siebie w myślach. Chyba zaczynam popadać w poważną chorobę. Zwana jest zadurzeniem bądź, mniej poetycko, zakochaniem.

~Oczami Evelyn~

Ciemny zaułek. Żadnego światła, dźwięku. Nic. Stoję sama, targana dreszczami. Przeciągły huk. Zimne stróżki deszczu spływają mi po twarzy, rękach. Nic mnie nie interesuje. Jest burza. Nikogo przy mnie nie ma. Nikt nie puści mi słodkiej melodii, żebym się uspokoiła. Osuwam się na kolana. Wiem że nie umarłam, ale też nie żyję. Czuję się kompletnie zagubiona i samotna... tak przytłaczająca samotna...
Otworzyłam oczy. Serce biło mi jak opętane. Ręką wymacałam coś we wszech ogarniającym mnie mroku... poduszka. Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju. No tak. Jestem u Louisa. Wyjrzałam za okno. Chmury kłębiły się uparcie nad Londynem. Westchnąwszy cichutko, ułożyłam się wygodnie i po chwili odpłynęłam.

poniedziałek, 8 października 2012

Rozdział 2.

Okeeej, mam nadzieję, że w miarę...

Rozdział 2.


Rozdział 2.

Zaspana spojrzałam na zegarek. Wskazywał 6 : 17. Jęknęłam cicho, po czym wstałam. Z szafy
porwałam niebieską bluzkę i czarne jeansy. Szybko wybrałam bieliznę i skierowałam się do łazienki. Weszłam pod prysznic. Ciepłe strużki wody spływały mi po plecach, jednocześnie
dobudzając mój zaspany umysł. Przypomniałam sobie swoje wczorajsze wydarzenia. Ciągle byłam zła na mamę. Nie miałam ochoty jej przepraszać.
Kilkanaście minut później umyta, wymalowana i ubrana zeszłam na dół. Tak jak podejrzewałam,
na lodówce wisiała mała karteczka od Hannah. Nie musiałam na nią spoglądać, żeby dowiedzieć
się, czemu jej nie ma. Czasami martwiłam się o zdrowie mojej rodzicielki. Była typową pracoholiczką, surową bizneswoman. Nie pracowała tylko w niedzielę, ale i tak nie było jej wtedy w domu. Najczęściej wychodziła na miasto, spotkać się z przyjaciółkami i poplotkować.
Wyrwawszy się od ponurych myśli, poszłam zrobić sobie śniadanie. Usmażyłam kilka naleśników, z czego zjadłam może 2.
Po skończonym posiłku powlekłam się na górę. Odpaliłam laptopa, po czym weszłam kolejno na twittera, facebooka i you tube. Mój codzienny rytuał. Podskoczyłam, gdy usłyszałam dźwięk
dzwonka mojego telefonu. Nie patrząc kto dzwoni, odruchowo nacisnęłam zieloną słuchawkę.
-Halo?
-Heeej, Evy. Przyjść po Ciebie? - No tak, tylko Katie mogła zadzwonić o tej godzinie. Uśmiechnęłam się do siebie.
-No jasne. Wpadaj teraz, bo nudy. - mruknęłam oglądając wpisy znajomych na facebook'u.
-Oke, spodziewaj się mnie za chwilę. - powiedziała po czym się rozłączyła. Odrzuciłam telefon na poduszkę, po czym zamknęłam laptopa. Poczłapałam na dół, do salonu. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie. Mój wzrok powędrował na pewną książkę Stephenie Meyer, pt. Intruz. Zaintrygowana sięgnęłam po nią. Hej, nie pamiętam, żebym ją kupowała... Zdziwiona aż zachłysnęłam się powietrzem. Na pierwszej stronie przyczepiona była mała karteczka z jednym, aczkolwiek
dającym szczęście zdaniem: ,,Dla najukochańszej córeczki, Evelyn.'' Czule przyglądałam się
tym kilku wyrazom.
Gdy byłam już na 16 stronie lektury, zadzwonił dzwonek do drzwi. Katie już przyszła. Odłożyłam książkę na stół, po czym poszłam otworzyć drzwi. Zza nich promieniała wysoka, ruda dziewczyna, której włosy jak zwykle były ułożone w ,,artystycznym nieładzie''. Jej bystre, niebieskie oczy wesoło spoglądały na mnie zza czarnych kujonek. Tak, Kat była naprawdę ładna.
-No, oto jestem. - powiedziała, po czym wrąbała mi się do środka. Z cichym śmiechem zamknęłam drzwi.
Siedziałyśmy w moim domu pół godziny, po czym poszłyśmy do szkoły. Pogoda nie była piękna, no ale cóż poradzić. Pierwsze lekcje były oczywiście lekcjami organizacyjnymi, nauczycielka powtarzała wciąż coś o tegorocznej maturze. Nie umiałam się w ogóle skupić.
Po kilkugodzinnych męczarniach wreszcie wróciłam do domu. Kat została jeszcze chwilę w szkole, żeby zobaczyć się ze swoją ciocią, nową nauczycielką historii. Poszłam do pokoju, uświadamiając sobie, że zostawiłam tam dziś rano telefon. Byłam nieco zaskoczona, widząc 3 nieodebrane połączenia. Oddzwoniłam na nieznany mi numer. Po kilkunastu sygnałach w słuchawce odezwał się słodki, czysty głos:
-Halo? Evelyn? - ten głos poznałabym wszędzie. Louis. No tak, wczoraj podałam mu mój numer.
-Louis? O co chodzi? - zapytałam. W głębi serca miałam nadzieję, że może zaprosi mnie na miasto albo coś w tym stylu.
-Skusiłabyś się na spotkanie ze mną i z moimi przyjaciółmi w ten czwartek? - Oł jesss! Miałam ochotę wykrzyczeć mu jak bardzo miałam nadzieję, że zada mi to pytanie, ale się powstrzymałam.
-Jasne. - ograniczyłam się do tego jednego słowa. Byłam taaka szczęśliwa! No dobra, Smith, uspokój się. - karciłam swoje myśli. Matko, zaczynam sama do siebie przemawiać.
-Możesz wziąć też swoje koleżanki. - powiedział, sprowadzając mnie na ziemię. - Będzie ekstra!
-Okej. - mruknęłam. - To do czwartku.
-Pa. - rzucił po czym się rozłączył. Ach, i mój dzień od razu nabrał barw. Czwartek wydał mi się naraz bardzo odległy. To aż dwa dni! A, no i trzeba by było zapytać się Katie, czy też chciałaby pójść. Szkoda że Anabell jest na Ukrainie. Pewnie też chętnie by poszła.
Praktycznie cały dzień spędziłam na wyobrażaniu sobie owego cudownego spotkania. Byłam bardzo ciekawa, jak prezentują się kumple Louisa. Moją radość przerwała Hannah. Przyszła dziś wcześniej. Chciałam podziękować jej za książkę, więc zeszłam na dół. Zobaczyłam jednak, że za mamą podąża jakiś facet. Hannah która dopiero teraz mnie zobaczyła, powiedziała.
-Och, Evelyn. Wspaniale, poznaj mojego przyjaciela, Davida. - przedstawiła go. - Davidzie, to moja córka, Evy.
Mężczyzna skinął tylko głową. Tępo wpatrywałam się przed siebie. Mama niespokojnie na mnie zerkała, więc tylko wymusiłam uśmiech i powiedziałam:
-Właśnie wybierałam się na miasto. Miłego wieczoru. - szybko ulotniłam się z domu. Na szczęście miałam na sobie bluzę, bo było już dość chłodno. Miałam zamiar iść na pobliski plac zabaw. Słońce powoli chowało się za horyzontem.
Posiedziałam na ławce jakąś godzinę. Robiło się coraz zimniej. Postanowiłam trochę się przejść. Byłam lekko wstrząśnięta, że mama przyprowadziła jakiegoś obcego faceta do domu. Przepraszam, jej przyjaciela. Westchnęłam cicho, dalej idąc przed siebie.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu – 20:34. Już? Jak ten czas szybko leci. Pomyślałam, że rozsądnie byłoby już wracać. Dość daleko się zapuściłam. Niechętnie zawróciłam, w duchu modląc się, żeby nie spotkać jakichś żuli. Zawiał ostry, zimny wiatr. Zadrżałam. Szybko stawiałam kolejne kroki. Gdy byłam jakiś kilometr od domu, zauważyłam trójkę kompletnie pijanych chłopaków w moim wieku. Z dala słyszałam ich rechoty. Jeden z nich darł się na cały głos:
-Eej, zobaczcie! Jaka lala.. tamizie! - o nie. Tylko nie to... trzech na jedną? Chyba wiadomo, kto wygra. Zaklęłam cicho pod nosem i przeszłam na drugą stronę. Tak samo jednak zrobili oni.
Serce biło mi szybciej niż kiedykolwiek. Zbliżali się do mnie coraz to bliżej. Śmiali się... Boże, co teraz?
-Hej, śliczna. - mruknął jeden z nich, na co drugi parsknął śmiechem. Położył mi rękę na ramieniu, którą natychmiast strzepnęłam. - Jakaaaa waleczna! - ryknął śmiechem. Z przerażeniem w oczach cofałam się do tyłu, zaś oni posuwali się do przodu. Jasna cholera, co teraz? Jeden zaczął się do mnie dobierać. Krzyk uwiązł mi w gardle. Odruchowo z całej siły odepchnęłam go od siebie...
To nie był dobry pomysł. Jego kumple rzucili mnie na ziemie. Krzyknęłam cicho. Miałam łzy w oczach. Jeden targnął mną za włosy. Załkałam, na co oni zaśmiali się. Nagle zaczęli krzyczeć coś między sobą. Jakby na rozkaz zaczęli uciekać. Szumiało mi w głowie. Podniosłam rękę na wysokość oczu, ale zaraz tego pożałowałam. Zwichnięta albo złamana. Z jękiem położyłam ja na zimnym gruncie. Podbiegł do mnie jakiś chłopak. Blondyn. Mówił coś do mnie, ale nic nie zrozumiałam. Później była już tylko gęsta jak mgła, czerń.

Obudziłam się w szpitalnym łóżku. Koło mnie siedział jakiś blondyn, jednak widać było, że farbowany. Miał odrosty. Wpatrywałam się w niego, zaciekawiona. Czy to on... mnie uratował?
Miał zamknięte oczy. Czyżby spał? Wyglądał naprawdę słodko.
-Eh, przepraszam? - szepnęłam. Zaskoczony chłopak otworzył oczy. Zaraz jednak się opanował i uśmiechnął ciepło.
-Hej. Wreszcie się obudziłaś. - miał silny, irlandzki akcent. - Niall. - przedstawił się.
-Wreszcie? Co to znaczy? Ile byłam nieprzytomna? - zasypałam go pytaniami. Niall zaśmiał się krótko i cicho, po czym wymruczał:
-Dwa dni. Miałaś szczęście... akurat przechodziłem. Miałem zamiar iść do mojego przyjaciela. Zauważyłem tych gnojków przy tobie... I zagroziłem policją.- wyjaśniał powoli. Nie przejęli się aż do czasu, kiedy naprawdę zadzwoniłem. - uciął, i zmarszczył brwi, zmartwiony.
-Och, jestem Ci naprawdę wdzięczna. - próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł raczej z tego grymas. W jednej chwili coś sobie uprzytomniłam. - Jasna cholera, powiedziałeś DWA DNI?!
-Tak...? - wyglądał na zdziwionego. - A co?
-Czwartek... jasna cholera... umówiłam się z Louisem... - mówiłam bardziej do siebie niż do Nialla.
Chłopak zamyślił się na chwilę, po czym zapytał:
-Nazywasz się Evelyn?
-Ehm, taak. -mruknęłam, wciąż zła że plany się pokrzyżowały. Na dodatek nie ma tu mamy... właśnie! A gdzie ona się podziała?
-I umówiłaś się z Louisem Tomlinsonem? - upewnił się. Uniosłam brwi w zdziwieniu. Skąd on to wiedział?
-No... tak. Z nim właśnie. -potwierdziłam, nieco zmieszana. -I z jego przyjaciółmi. - uściśliłam. Przygryzł wargę po czym wyciągnął telefon. O co temu chłopakowi chodzi? Chwilę potem Niall odetchnął i zaczął:
-Lou? No tak to ja. No a niby kto? - zrobił dziwną minę. - No przyjedź do szpitala. Adres ci wyślę przez esa... Nie, mi nic nie jest... JASNA CHOLERA, PO PROSTU PRZYJEDŹ. - warknął na ,,pożegnanie''. Szybko wysłał esemesa, po czym skierował swoje oczy na mnie. Minę musiałam mieć przekomiczną, bo zaczął się niepohamowanie śmiać. Pielęgniarka spojrzała na niego krzywo, dlatego zapewne próbował się opanować. Czyli on znał Lou? No nieźle. Zaczyna się robić całkiem ciekawie.
-Wybacz za moje wcześniejsze uniesienie, ale Louis nie zrozumie, jak się na niego nie nawrzeszczy. - wyszczerzył zęby. Nosił aparat. Przewróciłam oczami, po czym zapytałam:
-Skąd znasz Louisa?
-Znamy się już od dawna. I to z nami – znaczy ze mną, Louisem i trójką innych miałaś się spotkać. - Niall chyba naprawdę lubi dużo mówić. Pokiwałam głową. Postanowiłam zaczekać, aż przyjedzie Lou. Przymknęłam powieki.
Chwilę potem usłyszałam kroki. Otworzyłam oczy. Niall odwrócił się. Na razie chłopak nie zwracał na mnie uwagi, tylko z pytającą miną wpatrywał się w farbowanego. Blondyn tylko skierował wzrok na mnie. Louis podążył za nim wzrokiem i zbladł.
-Matko boska. - szepnął.

~Oczami Louisa~

Na łóżku leżała ona. Evelyn. Serce na moment przestało mi bić. Z drżącymi rękoma podszedłem bliżej. Wyglądała blado, bardzo. Lekko pogłaskałem jej policzek, na co ona lekko się zarumieniła. Dopiero po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, co ja w ogóle robię.
-Niall, co się tu dzieje? - zapytałem cicho. Eve westchnęła lekko. Nialler zezował na nią, to na mnie, po czym zaczął:
-To ta dziewczyna. Dlatego wtedy nie przyszedłem, bo musiałem ją eskortować do szpitala. - zabić go, no zabić! Pytałem się, co jest z NIĄ, a nie czemu nie przyszedł. Blondyn widząc mój wyraz twarzy szybko dodał:
-No i jakieś gnojki, około 17-18 lat się do niej dobierali... no ale nic poważniejszego się nie stało. Tylko złamana ręka. No i była nieprzytomna przez dwa dni. - Jego swobodny ton głosu mnie wnerwił. Och, to w końcu TYLKO złamana ręka, i TYLKO jacyś zboczeńcy chcieli ją zgwałcić.
-Jak możesz o tym tam spokojnie mówić? - wysyczałem, po czym zwróciłem się już łagodniej do Evelyn. - Jak się czujesz?
-W porządku... trochę boli mnie głowa. - jej słaby ton głosu mnie przeraził. Mam wrażenie, że bardziej przejmuję się tym niż ona. Zdziwiła mnie też jedna rzecz... gdzie jej matka?
-Niall, był tu ktoś jeszcze prócz Ciebie? - zapytała. Tak też byłem tego ciekawy. Chłopak pokiwał głową i powiedział:
-No tak, Hannah, twoja mama. Była jakąś godzinkę, a później wyszła. - powiedział. -I już nie przychodziła... - dodał ciszej. Warga dziewczyny lekko zadrgała. Maleńkie łzy spłynęły po jej policzkach. Wiedziałem jak musi się czuć. Znaliśmy się tak krótko, a ona była dla mnie ważniejsza niż cały Londyn, cała Wielka Brytania, Anglia a nawet świat. Gładziłem ją lekko po włosach, nie wiedząc co powiedzieć. Kilka minut później oddech Evelyn wyrównał się, był płytki. Zasnęła.
Wyglądała na prawdę uroczo. Niall mruknął coś cicho, że będzie się już zbierał. Skinąłem głową i jak urzeczony wpatrywałem się w tą kruchą istotkę. Byłem też jeszcze trochę zły na Nialla, za poniedziałek, bo schlał się gorzej niż Hazza. I jeszcze ten swobodny ton głosu, kiedy mówił o Evelyn...