sobota, 24 listopada 2012

Info.

Przez pewien czas rozdziały nie będą dodawane... :< Wszystko przez nagłe widzimisię mojej mamy... Na prawdę bardzo przepraszam. Możliwe że za tydzień dodam rozdział 7.



niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 6

Z całego serducha przepraszam za to zwlekanie... :< Rozdział nie najlepszy, ale starałam się jak mogłam.


Rozdział 6.

Dzwoniłem, pisałem. Nic. Tak bardzo chciałem, żeby dała jakąkolwiek oznakę, że ma się dobrze. Widać prosiłem o nazbyt wiele.
  Z otępienia wyrwał mnie widok Hazzy stojącego na schodach. Spał dzisiaj u mnie w domu, ponieważ jakoś nie miałem ochoty być sam.
-Bry. - powitał mnie, kierując się w stronę kuchni. Po chwili dobiegł mnie jego cichy jęk. Zdziwiony wszedłem do pomieszczenia. Spojrzałem na niego pytająco.
-Jak można... mieć taki bałagan w kuchni?! - pisnął. O co mu chodziło? Kilka nie pozmywanych talerzy, papierek na podłodze i wielkie halo. Z głośnym westchnieniem zabrał się do sprzątania. Patrzyłem na niego, rozbawiony. - No i co jesteś taki zadowolony? - warknął, mierząc mnie wzrokiem. Łaaaał. Harry był na prawdę w złym humorze.
-Haroldzie, zachowujesz się gorzej niż baba z okresem. - stwierdziłem. Zmroził mnie lodowatym spojrzeniem. Z uniesionymi rękami, wyszedłem do salonu. Nie będę go denerwować, bo jeszcze mnie nożem zadźga.
  I nagle mój humor prysł. Znowu wtargnęła w moje myśli. Co jeśli ona i Niall...? Dosyć. Dosyć tego!
Skąd ta dziewczyna znała moje imię? Cóż, musiałem się jej przedstawiać... i widocznie była nieco mniej schlana ode mnie. Swoją drogą, ciekawe jak się nazywa. Z podobnych myśli wyrwał mnie odgłos tłuczonego szkła. Podskoczyłem jak oparzony i pognałem w stronę kuchni.
Harry mruczał coś pod nosem, zbierając potłuczony talerz.
-Co się stało? - zapytałem naiwnie. Lokaty przymknął powieki, biorąc wdech.
-Nie widać? - starał się być opanowany. - Masz tu jakąś apteczkę? - skinąłem głową, po czym spojrzałem na chudy palec chłopaka. Dość paskudne rozcięcie. Szybko poszedłem do łazienki po wodę utlenioną i plaster.
  Po śniadaniu zamknąłem się w swoim pokoju. Chciałem po raz kolejny tego dnia wszystko przemyśleć.
Zdenerwowany wybiegłem z domu. Tak dłużej być nie może. Nie będę jak ten kołek stał i myślał, że może w końcu oddzwoni! Wpełznąłem do samochodu. Z piskiem opon wyjechałem z podjazdu.
  W rekordowym tempie dojechałem pod dom Evy. Przeskoczyłem trzy schodki, po czym głośno zapukałem kilka razy. Nikt nie odpowiadał, więc zapukałem raz jeszcze.
-Chwila! - warknął głos zza drzwi. Kamień spadł mi z serca. Przede mną ukazała się szczupła sylwetka Evelyn. Stała tam tylko w koszuli nocnej. Z wrażenia zaschło mi w gardle. Spojrzała na mnie zgorszona, po czym próbowała zamknąć drzwi.
-Evy! Evy, zaczekaj! - poprosiłem. Dziewczyna prychnęła, wpatrując się we mnie wyczekująco. - mogę wejść? - zapytałem. Szatynka niechętnie zaprosiła mnie do środka. Przeszliśmy do przytulnego saloniku, pełnego różnego rodzaju wazoników, kwiatów i innych dupereli.
-O co chodzi? -jej głos był tak obojętny... zabolało. Ale, no co ja jej zrobiłem?! No pytam się! Nieco zirytowany odrzekłem:
-Co się z tobą dzieje? Uciekasz gdzieś, ja Cię szukam, a ty sobie w najlepsze z Horanem siedzisz! - najpierw była zdziwiona, ale z każdą sekundą przybierała coraz to bardziej wrogi wyraz twarzy.
-Nie powinno obchodzić Cię to, co robię i z kim! Kim ty dla mnie jesteś? - moje serce krwawiło. Właśnie, kim ja dla niej byłem?

~Oczami Evelyn~
Nie podobało mi się to, co powiedziałam. Jednak nie zamierzałam cofać zdania. Miałam prawo robić to, co mi się podoba.
-Jestem tylko ciekawa, kim była ta twoja blondi. Dziewczyną? - warknęłam. Och, po co ja to w ogóle mówiłam?! Teraz wyjdę na jakąś zazdrosną kretynkę.
-Och, pozwól, że coś przytoczę: ,,Nie powinno obchodzić Cię to, co robię i z kim. No bo kim ty dla mnie jesteś?”. - łzy zaszkliły mi się w oczach. Ukryłam twarz w dłoniach i ledwo słyszalnie wybełkotałam:
-Wyjdź stąd. Wyjdź, nie chcę Cię więcej widzieć! - nie usłyszałam jednak jego kroków, trzasku drzwi, auta odjeżdżającego spod mojego domu. On nadal tu stał. - Głuchy jesteś?! - wysyczałam. On jednak usiadł obok mnie, lekko obejmując. Wyszarpnęłam mu się.
-Eve... - wyszeptał. Pomimo moich protestów przybliżył się do mnie, wtulając niczym mały kociak. Na momencik serce mi zmiękło, ale w ciągu jednej sekundy opanowałam się. Zazgrzytałam zębami.
-Ev, przepraszam, okej? - brzmiał całkiem szczerze. - Jesteśmy przyjaciółmi, powinienem Ci mówić o wszystkim, prawda? Zawiodłem, wiem. - odetchnęłam. Czyli jednak zrozumiał wszystko opacznie, tak jak chciałam.
-Taak, ja też powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ty jesteś Louis, a ja jestem Evelyn. Mamy swoje własne życie... - mruknęłam. Chłopak uśmiechnął się, gładząc mnie po włosach.
   Szybko ubrałam się, po czym zeszłam do Tomlinsona. Rozwalił się na kanapie. Uśmiechałam się pod nosem.
-Jestem. - powiedziałam, na co on przewrócił oczami.
-Matko, już myślałem że nie wyjdziesz! Siedziałaś u siebie z godzinę. - pokręciłam głową, z westchnieniem.
-Uroki kobiety. - Louis wyglądał na zamyślonego. Po krótkim ,,lagu” powrócił na ziemię i powiedział:
-Od teraz mówimy sobie o wszystkim. - byłam zaskoczona jego stanowczością. Niepewnie pokiwałam głową. - I jeszcze jedno... - zamrugałam szybko oczami. O co znowu chodzi? - Nie spodobało mi się twoje pewne stwierdzenie.
-Hm?
-Uważasz, że jestem dla Ciebie nikim? - i właśnie w tym momencie podłoga zrobiła się taaaka ciekawa. Otwierałam już usta, żeby coś powiedzieć, ale jakaś bariera mi na to nie pozwalała. No bo co bym miała mówić? ,,Louis, powiedziałam to tak sobie, bo tak naprawdę jesteś dla mnie najważniejszy, no i nie wiem co by bez Ciebie było”?
W końcu odważyłam się:
-Nie... to nie tak. - przyznałam. - Jesteś dla mnie ważny, ale jak już mówiłam, mamy własne życie. - nie dopowiedziałam tylko jednego, malutkiego szczególiku. Że to Louis jest całym moim życiem.
Kiwał głową, znowu w zamyśleniu. Ciszę przerwał dzwonek mojego telefonu. Odebrałam prędko.
-Halo?
-Hej, Evelyn. - powiedział wesoło głos w słuchawce. Ten uroczy głosik poznałabym wszędzie.
-Niall! - zawołałam radośnie. Wczorajszego wieczoru nieco się zbliżyliśmy. W pewnym sensie byliśmy bardzo do siebie podobni. ,,Pokrewne dusze” - rzekła by pewnie Anna Shirley. Kątem oka dostrzegłam, że Louis na chwilkę posmutniał. A może tylko mi się zdawało?
-Mam propozycję. Nie do odrzucenia. - ten opanowany ton głosu śmiesznie brzmiał w ustach Irish Boy'a.
-No dawaj.
-Robię domówkę z Zaynem. Wpadłabyś? - i ty się jeszcze pytasz, Niall? - miałam ochotę mu powiedzieć.
-Okeh. O której mam się stawić? - zapytałam. Louis zmarszczył ociupinkę brwi.
-Jakoś o 9? - zaczął niepewnie. - Mogłabyś nam pomóc...
-Dobra, nie ma sprawy. - Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Po chwili się rozłączyłam. Louis wpatrywał się we mnie, czekając zapewne, aż powiem mu o co chodzi.
-Niall robi party, zaprosił mnie. Może też byś się wybrał? - zaproponowałam. Miał nieco dziwną minę.

~Oczami Louisa~
Musiałem się zgodzić. Po pierwsze, żeby zachowywać pozory przyjaźni z Niallem. Po drugie, oraz najważniejsze, żeby przypadkiem chłopak nie dobierał się do Evy.
Taa, nie byłem zaproszony, ale skoro Ev jest równie ważna dla Nialla jak dla mnie, to powinien zaakceptować to, że zaprosiła mnie na jego imprezę.
   Pożegnałem się z dziewczyną, po czym z ogromnym bananem na twarzy pojechałem do domu.
Byłem prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem w Londynie. Zauważyłem też, że Evelyn nie jest trwała w nienawiści. Potrafi bardzo szybko wybaczyć.
  Harry rozmawiał z kimś przez telefon. Zamknąłem cicho drzwi, chcąc przez chwilkę posłuchać. Wiem, wścibski jestem, ale cóż poradzić?
-Nie... - usłyszałem zachrypnięty głos loczka. - nie wiem. - przyznał po chwili jakby z niechęcią.
Do moich uszu dobiegło ciężkie westchnięcie. Styles mruczał coś pod nosem.
-Wiesz co, Liam? - ach, więc rozmawiał z Daddym. - Coś mi się tu nie podoba. - cisza. Loczek wysłuchiwał zapewne co ma mu do powiedzenia Payne. - Lou po prostu czasami robi coś bez zastanowienia, a później tego żałuje. Pomimo że nic nie da się z tym zrobić. Zupełnie jak dziecko. - świetnie! Czyli rozmawiają o mnie. Otworzyłem lekko drzwi, po czym dość mocno je zatrzasnąłem, udając, że dopiero co wszedłem do domu.
-Uhm, Louis chyba wrócił. - mruknął nieco zakłopotany chłopak. - Liam, nic nie rób. To ich sprawa. Cześć. - rozłączył się. Po chwili przed oczami miałem chudą sylwetkę Hazzy.
-Hej. - powiedziałem, lekko uśmiechając się do młodszego. - Czego Li ma nie robić? - zapytałem, odwieszając kurtkę na wieszak. Postanowiłem udawać, że słyszałem tylko ten fragment rozmowy. Harry nieco zbladł.
-Nie ważne... - spuścił wzrok. Wybąkał coś nie bardzo zrozumiałego i poszedł na górę. Super! Jeszcze jakieś tajemnice?! Coś we mnie krzyczało, żeby pójść do Liama, i zapytać się, o co w ogóle chodzi. Czyżby moi przyjaciele przestali mieć do mnie zaufanie? Natłok myśli w mojej głowie był niemal nie do wytrzymania.
Znużony oglądałem... barbie. Tak, śmiejcie się, proszę bardzo. Ta przesłodzona bajeczka mnie jakoś uspokajała. Moje młodsze siostry ją uwielbiały.

~Oczami Evelyn~
Po wyjściu Louisa w domu zrobiło się tak bardzo... pusto, nieprzyjemnie, ponuro... Wraz z nim odszedł mój dobry humor. Powlokłam się na górę, z zamiarem poduczenia się do egzaminów. Co jak co, ale ze szkołą nigdy nie miałam zbytnich problemów. Chyba że z przedmiotami ścisłymi... brr, na samą myśl o nich przenika mnie dreszcz obrzydzenia.
  Oczy same mi się zamykały. Miałam dosyć. Te wszystkie regułki, opisy mnie wykańczały. Z hukiem odłożyłam książki na stolik nocny. Coś tchnęło mnie, żebym poszła do pokoju gościnnego. Przekręciłam klucz w drzwiach. Ukazały mi się sterty płyt, książek bez okładek, wazony, wypłowiałe dywany, łóżko, kredensik. Wszystko to znajdowało się pod grubą warstwą kurzu. Tutaj na pewno żaden gość nie czułby się komfortowo. Przeszłam na palcach na balkon. Oczy mi się zaświeciły. Jak już kiedyś wspominałam, Londyn jest na prawdę piękny nocą.
  Siedziałam tam na małym krzesełku, rozmyślając o mało ważnych rzeczach, ale też tych które bardzo mnie intrygują. Na przykład zachowanie Annabell. Mogę się założyć o cały mój dobytek, że coś przede mną ukrywa.
  Ze ,,świata marzeń'' wyrwał mnie odgłos zamykanych drzwi samochodu. Mama? O tej godzinie?
Coś się musiało stać. Zaniepokojona niemal zleciałam na dół. Kobieta wpatrywała się we mnie, na w pół zmartwiona, na pół zaskoczona.
-Hannah? Co się stało? Czemu przyjechałaś tak wcześnie?
-Córciu... musimy porozmawiać. - powiedziała zmęczonym głosem. Jej mina świadczyła, że nie będzie to przyjemna pogawędka. - Prosiłabym Cię, abyś mi nie przerywała, dobrze? - nie odpowiadałam. Niczego nie mogłam jej przyrzec. Ze zrezygnowaniem pokręciła głową.
-Widzisz... jesteś już na tyle dorosła, że powinnaś wiedzieć, o wielu ważnych sprawach. Nawet nie wiesz, ile razy pragnęłam wyznać Ci... prawdę. - wpatrywałam się w nią tępo. Prawdę? Jaką?
-Mów dalej. - szepnęłam, mocno poruszona.
-Nie jestem twoją biologiczną matką. - zakręciło mi się w głowie. Jak to? Do moich oczu dostały się łzy. Pozwoliłam im płynąć. Bezsilnie opadłam na kanapę. - Cór...
-Nie waż się tak do mnie mówić! - syknęłam. Czułam się upokorzona. Okłamywała mnie przez tyle lat. Teraz rozumiem. Nie mów do mnie mamo... nie dlatego że jesteś już duża. Nie mów tak, bo nie jesteś moją córką.


Łzy uporczywie spływały. Taksówkarz dziwnie mi się przyglądał. Nie mogłam tam zostać. Nie, mogłam. Ale nie chciałam.
  Pierwszą osobą, której imię mi się nasunęło, to Louis. Tak. To go chciałam widzieć. Tylko on mógł mnie uspokoić, przytulić i zapewnić, że jutro będzie lepiej.
Zajechaliśmy pod dom chłopaka. Zapłaciłam mężczyźnie, po czym szybko wypakowałam się z auta wraz z moimi niewielkimi bagażami. Po resztę wrócę jutro, gdy ona będzie w pracy. Serce waliło mi szybciej, niż dotychczas. Szybko przeszłam przez ulicę. Weszłam po kilku schodkach.
Zadzwoniłam do drzwi. Słyszałam kroki... jednakże to nie było to charakterystyczne, słodkie szuranie.
-Evelyn? - przede mną stał zaskoczony Harry. Zamrugałam oczami. - Co się stało? - no tak, nie wyglądałam najlepiej. Zapytałam, czy mógłby zawołać Louisa. Pokiwał tylko energicznie głową, wchodząc w głąb domu.
  Po kilkunastu sekundach go zobaczyłam. Obraz przed oczami mi się zamazał. Znowu ten głupi płacz!
-Evy... - wyszeptał mi do ucha. Wtuliłam się w niego, przylegając całym ciałem. Tak mogłam trwać wiecznie, z przekonaniem, że jestem bezpieczna.